30.05.2024, 22:19 ✶
W zielonych oczach pojawia się błysk. Nie wie, czy Robert pamięta tajemniczy język jakim posługiwało się jej spojrzenie. Niegdyś nie musiała wypowiadać pewnych słów, aby przezać mu co też w tym momencie przewijało się przez jej głowę… Teraz czuła trochę, że muszą nauczyć się siebie na nowo. Zwłaszcza jeśli ich współpraca miała być owocna i obustronnie satysfakcjonująca. W zamyśleniu przesuwa palcem po swoim obojczyku. Vers Travers miała to do siebie, iż zawsze starała się być jeden ruch przed przeciwnikiem. Zupełnie jakby życie było jedną, wielką szachownicą, na której stale odbywała się rozgrywka. Pionki wędrowały to wzdłuż to wszerz, a ona zawsze stara się przewidzieć posunięcie tych, które mogą znaleźć się na jej drodze.
- Zawsze można sprawić, że ci oporni stracą swój upór. Tłuszcza przypomina dwa psy rozdzielone płotem. Warczą i ujadają, a gdy zabierzesz płot… Obojętnieją. - Snuje robiąc dwa kroki w bok. Ruch pomaga ukierunkować myśli, błądzące w różne strony. - Przeanalizowanie problemu teraz, przez odpowiednie aspekty może w późniejszym czasie okazać się właśnie takim zabraniem płotu. - Dodaje. Wzrusza przy tym ramieniem, jakoby temat nie był istotny… Ona jednak wie, że prawda jest zgoła inna. Pozwala jednak aby ta myśl powoli wsiąkła w Roberta. Zakorzeniła się jego świadomości by powrócić w odpowiednim momencie.
Różnił ich sposób myślenia. W czasie gdy myśli Roberta są uporządkowane, nastawione na działanie krok po kroku myśli Very przypominają chaotyczną składnię, pozornie ze sobą nie połączoną. On spogląda na kolejny krok, ona analizuje przedsięwzięcie jako całość, spójność która z pewnością się dopełni.
Słowa mężczyzny sprawiają, że Vera powraca do stolika. Zasiada przy nim, po czym bez słowa, niespiesznie upija łyk wina z kieliszka. Przez chwilę przygląda się jego prostej, niemal surowej formie po czym sięga do niewielkiej torebeczki, jaką ma przy sobie. Wyjmuje z niej kawałek pozornie zwyczajnego pergaminu i pióro. Powoli, zgrabnym i kształtnym pismem spisuje kilka słów nim jednak skończy słowa zaczynają znikać, pozostawiając karpteluszek pustym i zupełnie nieużytecznym. Zakłada, że Robert doskonale pamięta jak sprawić, aby spisane słowa ponownie ukazały się jego oczom.
Dopija wino, wszak szkoda byłoby zmarnować tak dobry rocznik, po czym wraca do Roberta. Patrzy mu w oczy. W zasadzie nie jest pewna czemu lokuje w nich wzrok. Lubi patrzeć ludziom w oczy, zawsze ma wrażenie, iż wywołuje to te emocje, które pozostają ukryte… I które nie raz zdradzają właściciela luster do duszy. Przy pomocy magii odcina maluteńki kosmyk swoich włosów, cały czas obserwując jego twarz. Uśmiecha się przy tym delikatnie, bo coś w tej całej konspiracji zaczyna ją odrobinę bawić.
A może to pierwsza oznaka stresu?
- Wyślij sowę pod ten adres. - Mówi, gdy wręcza mężczyźnie kawałek pergaminu wraz z kilkoma swoimi włosami. Przezornie, pewna iż podobne przesyłki będą się powtarzać. Ich palce stykają się ze sobą na krótką chwilę, a Vera pozwala sobie przedłużyć tę chwilę aż do trzech uderzeń serca - w ramach specyficznego pożegnania. - Do jutra, Robercie. - Dodaje jeszcze, po czym zwyczajnie wychodzi z mieszkania.
Ciekawa tego, co wydarzy się kolejnego dnia.
- Zawsze można sprawić, że ci oporni stracą swój upór. Tłuszcza przypomina dwa psy rozdzielone płotem. Warczą i ujadają, a gdy zabierzesz płot… Obojętnieją. - Snuje robiąc dwa kroki w bok. Ruch pomaga ukierunkować myśli, błądzące w różne strony. - Przeanalizowanie problemu teraz, przez odpowiednie aspekty może w późniejszym czasie okazać się właśnie takim zabraniem płotu. - Dodaje. Wzrusza przy tym ramieniem, jakoby temat nie był istotny… Ona jednak wie, że prawda jest zgoła inna. Pozwala jednak aby ta myśl powoli wsiąkła w Roberta. Zakorzeniła się jego świadomości by powrócić w odpowiednim momencie.
Różnił ich sposób myślenia. W czasie gdy myśli Roberta są uporządkowane, nastawione na działanie krok po kroku myśli Very przypominają chaotyczną składnię, pozornie ze sobą nie połączoną. On spogląda na kolejny krok, ona analizuje przedsięwzięcie jako całość, spójność która z pewnością się dopełni.
Słowa mężczyzny sprawiają, że Vera powraca do stolika. Zasiada przy nim, po czym bez słowa, niespiesznie upija łyk wina z kieliszka. Przez chwilę przygląda się jego prostej, niemal surowej formie po czym sięga do niewielkiej torebeczki, jaką ma przy sobie. Wyjmuje z niej kawałek pozornie zwyczajnego pergaminu i pióro. Powoli, zgrabnym i kształtnym pismem spisuje kilka słów nim jednak skończy słowa zaczynają znikać, pozostawiając karpteluszek pustym i zupełnie nieużytecznym. Zakłada, że Robert doskonale pamięta jak sprawić, aby spisane słowa ponownie ukazały się jego oczom.
Dopija wino, wszak szkoda byłoby zmarnować tak dobry rocznik, po czym wraca do Roberta. Patrzy mu w oczy. W zasadzie nie jest pewna czemu lokuje w nich wzrok. Lubi patrzeć ludziom w oczy, zawsze ma wrażenie, iż wywołuje to te emocje, które pozostają ukryte… I które nie raz zdradzają właściciela luster do duszy. Przy pomocy magii odcina maluteńki kosmyk swoich włosów, cały czas obserwując jego twarz. Uśmiecha się przy tym delikatnie, bo coś w tej całej konspiracji zaczyna ją odrobinę bawić.
A może to pierwsza oznaka stresu?
- Wyślij sowę pod ten adres. - Mówi, gdy wręcza mężczyźnie kawałek pergaminu wraz z kilkoma swoimi włosami. Przezornie, pewna iż podobne przesyłki będą się powtarzać. Ich palce stykają się ze sobą na krótką chwilę, a Vera pozwala sobie przedłużyć tę chwilę aż do trzech uderzeń serca - w ramach specyficznego pożegnania. - Do jutra, Robercie. - Dodaje jeszcze, po czym zwyczajnie wychodzi z mieszkania.
Ciekawa tego, co wydarzy się kolejnego dnia.