Będąc w dalszym ciągu uwięzionym w windzie z tym czarodziejem musiał wybierać między siedzeniem w ciszy a dalszym kontynuowaniem rozmowy z tym czarodziejem.
— W takim razie doskonale. Mojego kuzyna i mnie nie nauczono tego robić w Hogwarcie i najlepiej byłoby aby ktoś nam pokazał jak to zrobić właściwie począwszy od wyboru odpowiedniego drzewa, które przecież różni się diametralnie od miotły. Z całą resztą sobie już poradzimy. — Nawet jeśli wraz z kuzynem mieli Quidditcha we krwi, to arbitraż kogoś bardziej obeznanego w lataniu na wyrwanych z ziemi drzewach. Dla niego to było oczywiste. Brak znajomości tak... niestandardowych sposobów transportu może się skończyć bardzo źle dla niego, jak i dla otoczenia. Jeśli miałby się odbyć mecz z wykorzystaniem z takich drzew to też trzeba wprowadzić niezbędne regulacje, jak na przykład długość pnia oraz wagę takiego trzeba. Niezbędne byłoby opracowanie nowych zasad odnośnie faulowania zawodników oraz podawania kafla. W tym mieli doświadczenie.
— Uderzyłem się w plecy... istnieją znacznie poważniejsze urazy. A panu? — Odpowiedział na pytanie tego czarodzieja. W świecie sportu uderzenie się w plecy to stosunkowo łagodny uraz, choć tak naprawdę wszystko zależy od wysokości. Upadek z bardzo wysoka nigdy nie kończy się dobrze. Zwłaszcza, jeśli nie została wykorzystana magia.
— Jestem. Pracownicy Ministerstwa teleportują się bez najmniejszego problemu do Atrium. Może pan czekać aż ta winda spadnie, nie mogę tego panu zabronić. — Philip wydawał się być zdecydowany i zamierzał wydostać się w ten sposób. Nim jednak wprowadził swój zamiar w czyn, winda, w której zostali uwięzieni, szarpnęła gwałtownie po raz ostatni. Towarzyszył temu kolejny huk. Następnie zaczęła gwałtownie opadać w dół, z zawrotną szybkością i przeraźliwym łoskotem. Trzęsło niemożebnie. Philipowi serce waliło niczym jak przerażonego pufka i nie był już w stanie utrzymywać dalszych pozorów opanowania - w obecnej sytuacji trudno było nie krzyczeć. Zrobiło mu się też niedobrze. Zaciskanie powiek nie pomagało.