31.05.2024, 02:06 ✶
Kimkolwiek był Fleamont, kiedy Bletchley dojrzał go pomiędzy bawiącymi się, mógł dojść do prostego wniosku - gdyby jakiemukolwiek astrologowi powiedział teraz, że urodził się 25 stycznia 1944 roku, ci od razu zmarszczyliby brwi i wiedzieli, że to kłamstwo. Nie trzeba było być astrologiem, żeby domyślić się, że ten mężczyzna nie mógł być dzieckiem zimy - cokolwiek działo się w tym zbiorowisku, musiało idealnie go nastroić, bo właśnie teraz, w tym momencie, w którym dwie dziewczyny spoglądały na niego nieco przyćpanym wzrokiem i śmiali się z jakiegoś rzuconego przez niego tekstu, jego twarz zdradzała, że mimo otwartej niechęci do tłumu... on czuł się tutaj swobodnie. W tej gromadzie otwartych ludzi, którzy zebrali się tutaj, żeby celebrować miłość. Powiedział wcześniej, że nie lubił wesel, bo wesela kojarzyły mu się z nudnymi, niewygodnymi strojami i masą zasad, których wcale nie chciał rozumieć. Ci ludzie byli zabawni, szaleni. Ci hipisi musieli obudzić w nim coś, co Cain widział w nim tylko czasami, kiedy zdradzał mu, jak idealnie siadają mu Flynnowe żarty i komplementy. Człowiek znany z chodzenia tak nadąsanym, tak smutnym, ze stroszenia czarnych piór i ostrzegania innych, że zaraz potną się o jego krawędzie... opalał się teraz we własnym blasku. Nie znajdował się w centrum uwagi, ani nie próbował się w niej znaleźć - stał na uboczu, w swojej strefie komfortu, ale wyraźnie budował obraz większej całości.
To pewnie musiało w jakimś stopniu mieszać człowiekowi w głowie - kiedy widział, że jakaś mina ukochanej osoby wcale nie była zarezerwowana tylko dla niego, ale kiedy tylko Flynn wyczuł jego obecność i przeniósł swój wzrok na chłopaka, jego serce znowu zadrżało, twarz rozbłysła mu o wiele bardziej. Nikt, kogo znał, tego nie wiedział, nawet on sam, ale urodził się 24 lipca 1940 roku. I to był naprawdę piękny, ciepły i radosny dzień i najwyraźniej zapisał się w jego duszy. Miał tak jasne i ciepłe spojrzenie, żeby nie dało się zwątpić - nieważne ile razy mówił, że nienawidził lata, lato było jego porą roku, a jeżeli ktokolwiek, kto go kochał i takim widział, a później nagle i niespodziewanie go straci, albo nigdy więcej tego spojrzenia nie uświadczy, każde następne lato sprawi, że oczy zajdą mu tęsknotą. Takim musieli chcieć widzieć wszyscy życzący mu dobrze, ale dotąd nikomu nie udało się doprowadzić go do punktu, w którym chwilę później nie odwrócił się wstydliwie i nie zaczynał planować ucieczki, zanim poczuje się zbyt pewnie, a później znowu cholernie się zawiedzie.
Oddał kieliszek pitego przez siebie alkoholu jednej z dziewczyn, a ta zmrużyła oczy, najwyraźniej nie do końca rejestrując to, co się stało. Przelotnie zerknęły na to, jak z entuzjazmem chwytał Bletchleya za wyciągniętą rękę i szepnęły coś do siebie na ucho, ale Flynn w ogóle nie zwrócił na to uwagi - nawet się za nimi nie obejrzał, nie one były tu najważniejsze, tylko on - on, który zgodził się... on mu... zaoferował swoją dłoń? Jeżeli to miał być ostatni raz to trudno - zmierzał wyciągnąć z tej chwili tyle, ile mógł. Prowadził go w wolne miejsce, idąc tam tyłem, już teraz poruszając się w rytmie granej muzyki. Nie potknął się ani razu, chociaż nie spoglądał na nic innego niż te szare oczy. Mało było w tym co robił ostrożności, mózg zdążyła zeżreć mu zbyt duża euforia, ale widząc w nich zwątpienie, też by się zawahał.
To pewnie musiało w jakimś stopniu mieszać człowiekowi w głowie - kiedy widział, że jakaś mina ukochanej osoby wcale nie była zarezerwowana tylko dla niego, ale kiedy tylko Flynn wyczuł jego obecność i przeniósł swój wzrok na chłopaka, jego serce znowu zadrżało, twarz rozbłysła mu o wiele bardziej. Nikt, kogo znał, tego nie wiedział, nawet on sam, ale urodził się 24 lipca 1940 roku. I to był naprawdę piękny, ciepły i radosny dzień i najwyraźniej zapisał się w jego duszy. Miał tak jasne i ciepłe spojrzenie, żeby nie dało się zwątpić - nieważne ile razy mówił, że nienawidził lata, lato było jego porą roku, a jeżeli ktokolwiek, kto go kochał i takim widział, a później nagle i niespodziewanie go straci, albo nigdy więcej tego spojrzenia nie uświadczy, każde następne lato sprawi, że oczy zajdą mu tęsknotą. Takim musieli chcieć widzieć wszyscy życzący mu dobrze, ale dotąd nikomu nie udało się doprowadzić go do punktu, w którym chwilę później nie odwrócił się wstydliwie i nie zaczynał planować ucieczki, zanim poczuje się zbyt pewnie, a później znowu cholernie się zawiedzie.
Oddał kieliszek pitego przez siebie alkoholu jednej z dziewczyn, a ta zmrużyła oczy, najwyraźniej nie do końca rejestrując to, co się stało. Przelotnie zerknęły na to, jak z entuzjazmem chwytał Bletchleya za wyciągniętą rękę i szepnęły coś do siebie na ucho, ale Flynn w ogóle nie zwrócił na to uwagi - nawet się za nimi nie obejrzał, nie one były tu najważniejsze, tylko on - on, który zgodził się... on mu... zaoferował swoją dłoń? Jeżeli to miał być ostatni raz to trudno - zmierzał wyciągnąć z tej chwili tyle, ile mógł. Prowadził go w wolne miejsce, idąc tam tyłem, już teraz poruszając się w rytmie granej muzyki. Nie potknął się ani razu, chociaż nie spoglądał na nic innego niż te szare oczy. Mało było w tym co robił ostrożności, mózg zdążyła zeżreć mu zbyt duża euforia, ale widząc w nich zwątpienie, też by się zawahał.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.