31.05.2024, 07:59 ✶
Świece Mulciberów
Prawdopodobnie powinna była powstrzymywać brata, ale w tym konkretnym przypadku sama była nazbyt wściekła. Teraz trochę żałowała: nie dlatego, że szkoda zrobiło się jej Philipa (Florence umiała być bezlitosna wobec tych, których nienawidziła, a słowa Laurenta wciąż dźwięczały jej w głowie), ale dlatego, że oczyma wyobraźni już widziała jutrzejsze nagłówki.
Atreus Bulstrode bije Philipa Notta kutasem.
Z jej ust wyrwało się westchnienie. Reputacji brata niewiele mogło zaszkodzić, ale pewnie dostanie jakąś naganę, a jednak Bulstrodowie uchodzili za szanowany ród czystej krwi. Teraz jakiś czas będą na ustach wszystkich…
– Chciałabym znaleźć Laurenta – powiedziała dość krótko do Victorii i Atreusa. Nie tłumaczyła tej pierwszej, jaka krzywda go spotkała: raz, za dużo ludzi, dwa, oględna „krzywda”, równie dobrze mogąca oznaczać złe potraktowane, uderzenie i stos innych rzeczy tu była wszystkim, co Florence była skłonna zdradzić. A i to tylko dlatego, że Lestrange była jego najlepszą przyjaciółką. Wolała, żeby o całej sytuacji młody Prewett dowiedział się od niej, nie z plotek…
Chwilę później jednak zaczęły się… kolejne wydarzenia. Masowa sprzedaż, wielka reklama i nagle Robert opierający się o stoisko…
– Potrzeba uzdrowiciela? – spytała krótko. Nie była w stanie w tłumie, nie podchodząc, ocenić, czy Roberta właśnie trafiał szlag, zasłabł czy był to już zawał serca, ale jako uzdrowicielka pomoc musiała zaoferować. Nie znała go praktycznie, nie miało to jednak znaczenia, Florence prawdopodobnie pomagałaby pewnie w razie dużych problemów nawet Nottowi.
Jedno mrugnięcie później obok trwała już bójka, jej brat się w tę zaangażowała (najwyraźniej tu by rozdzielać), a jakiś dzieciak przybiegł i zaczął machać różdżką. Odruchowo położyła dłoń na różdżce, ale nie sięgnęła po nią i nie angażowała się: nie umiała się bić, nie była pojedynkowiczem, mogła tylko zaszkodzić, a im więcej osób tutaj zacznie rzucać zaklęciami, tym większe ryzyko, że komuś się coś stanie. Jeśli Leonard wezwany przez Richarda uznał, że nie potrzebuje pomocy i nie chciano jej dopuścić ku Mulciberowi, po prostu wycofała się nieco w stronę Basiliusa, którego dostrzegła w pobliżu.
Prawdopodobnie powinna była powstrzymywać brata, ale w tym konkretnym przypadku sama była nazbyt wściekła. Teraz trochę żałowała: nie dlatego, że szkoda zrobiło się jej Philipa (Florence umiała być bezlitosna wobec tych, których nienawidziła, a słowa Laurenta wciąż dźwięczały jej w głowie), ale dlatego, że oczyma wyobraźni już widziała jutrzejsze nagłówki.
Atreus Bulstrode bije Philipa Notta kutasem.
Z jej ust wyrwało się westchnienie. Reputacji brata niewiele mogło zaszkodzić, ale pewnie dostanie jakąś naganę, a jednak Bulstrodowie uchodzili za szanowany ród czystej krwi. Teraz jakiś czas będą na ustach wszystkich…
– Chciałabym znaleźć Laurenta – powiedziała dość krótko do Victorii i Atreusa. Nie tłumaczyła tej pierwszej, jaka krzywda go spotkała: raz, za dużo ludzi, dwa, oględna „krzywda”, równie dobrze mogąca oznaczać złe potraktowane, uderzenie i stos innych rzeczy tu była wszystkim, co Florence była skłonna zdradzić. A i to tylko dlatego, że Lestrange była jego najlepszą przyjaciółką. Wolała, żeby o całej sytuacji młody Prewett dowiedział się od niej, nie z plotek…
Chwilę później jednak zaczęły się… kolejne wydarzenia. Masowa sprzedaż, wielka reklama i nagle Robert opierający się o stoisko…
– Potrzeba uzdrowiciela? – spytała krótko. Nie była w stanie w tłumie, nie podchodząc, ocenić, czy Roberta właśnie trafiał szlag, zasłabł czy był to już zawał serca, ale jako uzdrowicielka pomoc musiała zaoferować. Nie znała go praktycznie, nie miało to jednak znaczenia, Florence prawdopodobnie pomagałaby pewnie w razie dużych problemów nawet Nottowi.
Jedno mrugnięcie później obok trwała już bójka, jej brat się w tę zaangażowała (najwyraźniej tu by rozdzielać), a jakiś dzieciak przybiegł i zaczął machać różdżką. Odruchowo położyła dłoń na różdżce, ale nie sięgnęła po nią i nie angażowała się: nie umiała się bić, nie była pojedynkowiczem, mogła tylko zaszkodzić, a im więcej osób tutaj zacznie rzucać zaklęciami, tym większe ryzyko, że komuś się coś stanie. Jeśli Leonard wezwany przez Richarda uznał, że nie potrzebuje pomocy i nie chciano jej dopuścić ku Mulciberowi, po prostu wycofała się nieco w stronę Basiliusa, którego dostrzegła w pobliżu.