31.05.2024, 10:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.08.2024, 20:15 przez The Lightbringer.)
Namioty za sceną. Razem z Flynnem przygotowujemy się do zbliżającego się występu.
– Flynn, czy ty… – ...słuchasz mnie w ogóle?, chciał przez chwilę zapytać Jim, kiedy brat nie zareagował na skróconą wersję dziejów izraelskiego sędziego, Samsona. Odwracał się już, by wyrzucić mu, żeby się nie zachowywał jak gruboskórny Filistyn – to znaczy, filister, ale Jim kiedyś źle usłyszał to słowo, i od tego czasu przekręcał je na biblijną modłę – bo to przecież nie przystoi, nie, kiedy on tutaj odkrywa przed nim duszę, i o poważnych sprawach chce rozmawiać!, ale jak zobaczył, że ten był zajęty opierdalaniem lizaka, jego spojrzenie natychmiast złagodniało. Nie jesteś sobą, kiedy jesteś głodny, często powtarzali razem z Alexandrem, gdy Flynn miał jeden ze swoich epizodów niedocukrzenia. - ...naprawdę myślisz, że te “ogniste anioły” to dobry pomysł, czy cisnąłeś bekę?
Wnętrze namiotu tchnęło przyjemnym chłodem. W porównaniu z panującym na zewnątrz rozgardiaszem, było tutaj też o wiele spokojniej: rozmowy ludzi odwiedzających tłumnie kiermasz zdawały się przytłumione, a nawet podekscytowane trajkotanie zbitych w grupki uczniów Hogwartu – którzy, przestępując z nogi na nogę, wyczekiwali niecierpliwie swojego występu – zaczynało powoli przycichać. Głos zabrał właśnie dyrygent, oferujący swym podopiecznym ostatnie wskazówki. Jim i Flynn minęli dzieciarnię i resztę zaplecza artystycznego, by skierować swe kroki do garderoby, gdzie mogli przygotować się na swój pokaz.
Powinni pogratulować sobie, że w ogóle dotarli na miejsce w jednym kawałku – właśnie dopuścili się kradzieży kieszonkowej na jakimś niewyżytym pismaku, który wyglądał Jimowi na takiego, co wezwałby patrol brygady szybciej, niż zdołałby powiedzieć zdrowaśkę – na szczęście, Bóg czuwał nad swymi zagubionymi owieczkami, i szczęśliwie objawił braciom drogę do namiotów artystów. Bóg jest miłosierny, pomyślał z ulgą Jim, ale co do Alexandra nie był znowu taki pewny. Dopiero teraz dotarło do niego, że dali dziennikarzowi pretekst, by ten znowu obsmarował ich na ramach gazety. Już widział te nagłówki: “Krawędziowiec i Światłonośca zaprezentowali na Lammas swój ostatni wspólny numer: znikający portfel. Sztuczka się nie udała. Portfel odnalazła policja.”
Portfel Bagshota nagle zaczął ważyć więcej niż krzyż niesiony na Golgotę. Czy Jim czuł wyrzuty sumienia, że okradł? Pft, nie: może i prawie mu się udało przyjąć święcenia na mnicha, ale przecież nigdy nie był świętym… Wiedział jednak, że Alexander będzie bardzo zawiedziony ich zachowaniem, choć obaj z Flynnem bardzo chcieli, by wszystko wyszło doskonale.
Jim opadł na jedno z krzeseł przed dużą, rozświetloną toaletką z lustrem, i odchylił się do tyłu, wyciągając przy tym ramiona na boki, aż strzyknęło. Jeden z cyrkowców zaoferował się podrzucić niezbędne rekwizyty dziś rano, by bracia nie musieli przeciskać się przez tłum z naręczem kosmetyków do makijażu scenicznego, i aby nie narażać na szwank kostiumów uszytych na tę okazję przez siostrę-modystkę. Opróżnił kieszenie. Z szacunkiem odłożył na stół kieszonkową Biblię i nóż, a swój bilet na loterię podsunął bez słowa Flynnowi. Portfel Isaaka też rzucił na blat – ten wybebeszył się przypadkiem, ujawniając swoją nędzną zawartość: kilka prezerwatyw (Jim tylko uniósł delikatnie brwi), stosik zdjęć (ładna, pomyślał Jim, rzucając okiem na portrecik kobiety o rudych włosach i ciepłym uśmiechu) (pst, Olivia Quirke), kartki z jakimiś bazgrołami, i malutki woreczek z jakimś proszkiem. Ręką odsunął to wszystko daleko na bok, nachylając się na ten moment nad wypakowanymi buteleczkami z tuszem, cieniami do powiek, brokatem, pudrem, i innymi różnościami.
– Pomyślałem sobie, na ostatniej próbie, że to chyba twoje najlepsze lądowanie – kiedy już byłeś na ziemi, rozłożyłeś tak szeroko ramiona, i w taki, hm, dramatyczny sposób odchyliłeś głowę – “jak umierający feniks”, tak se w nocy wymyśliłem, niezłe, nie? Bo jak znów się podnosisz, to tak, jakbyś odradzał się znów do życia. W mojej głowie ta metafora miała sens. – Wzruszył lekko ramionami. Zatuszował szybko tę niepewność podnosząc się z miejsca, by pomóc bratu wykonać makijaż. W ruchu poszedł ciemny cień, mający podkreślać swym przerysowaniem ekspresję twarzy. – Więc poprosiłem Felixa, żeby przygotował nam zapas magicznej, czerwonej farbki fluorescencyjnej – Wygrzebał z kartonu z rekwizytami odpowiedni słoiczek, i wsadził bratu w łapę, żeby sobie obejrzał. – Moglibyśmy pomalować tym twój tatuaż. Rozświetli się nieziemską czerwienią, jak ognista smuga na ciele. Ale anioły są o niebo lepsze niż jakieś magiczne ptaszory. Tylko czy czarodzieje w ogóle wiedzą, czym są anioły? – Patrzył na twarz brata, próbując ocenić, co ten o tym wszystkim sądzi.
– Mógłbym też… – zaczął mówić, ale urwał nagle. Nie, nie przećwiczył tego. To nie był dobry pomysł. Lepiej poprzestać na bezpiecznych trikach.
– Flynn, czy ty… – ...słuchasz mnie w ogóle?, chciał przez chwilę zapytać Jim, kiedy brat nie zareagował na skróconą wersję dziejów izraelskiego sędziego, Samsona. Odwracał się już, by wyrzucić mu, żeby się nie zachowywał jak gruboskórny Filistyn – to znaczy, filister, ale Jim kiedyś źle usłyszał to słowo, i od tego czasu przekręcał je na biblijną modłę – bo to przecież nie przystoi, nie, kiedy on tutaj odkrywa przed nim duszę, i o poważnych sprawach chce rozmawiać!, ale jak zobaczył, że ten był zajęty opierdalaniem lizaka, jego spojrzenie natychmiast złagodniało. Nie jesteś sobą, kiedy jesteś głodny, często powtarzali razem z Alexandrem, gdy Flynn miał jeden ze swoich epizodów niedocukrzenia. - ...naprawdę myślisz, że te “ogniste anioły” to dobry pomysł, czy cisnąłeś bekę?
Wnętrze namiotu tchnęło przyjemnym chłodem. W porównaniu z panującym na zewnątrz rozgardiaszem, było tutaj też o wiele spokojniej: rozmowy ludzi odwiedzających tłumnie kiermasz zdawały się przytłumione, a nawet podekscytowane trajkotanie zbitych w grupki uczniów Hogwartu – którzy, przestępując z nogi na nogę, wyczekiwali niecierpliwie swojego występu – zaczynało powoli przycichać. Głos zabrał właśnie dyrygent, oferujący swym podopiecznym ostatnie wskazówki. Jim i Flynn minęli dzieciarnię i resztę zaplecza artystycznego, by skierować swe kroki do garderoby, gdzie mogli przygotować się na swój pokaz.
Powinni pogratulować sobie, że w ogóle dotarli na miejsce w jednym kawałku – właśnie dopuścili się kradzieży kieszonkowej na jakimś niewyżytym pismaku, który wyglądał Jimowi na takiego, co wezwałby patrol brygady szybciej, niż zdołałby powiedzieć zdrowaśkę – na szczęście, Bóg czuwał nad swymi zagubionymi owieczkami, i szczęśliwie objawił braciom drogę do namiotów artystów. Bóg jest miłosierny, pomyślał z ulgą Jim, ale co do Alexandra nie był znowu taki pewny. Dopiero teraz dotarło do niego, że dali dziennikarzowi pretekst, by ten znowu obsmarował ich na ramach gazety. Już widział te nagłówki: “Krawędziowiec i Światłonośca zaprezentowali na Lammas swój ostatni wspólny numer: znikający portfel. Sztuczka się nie udała. Portfel odnalazła policja.”
Portfel Bagshota nagle zaczął ważyć więcej niż krzyż niesiony na Golgotę. Czy Jim czuł wyrzuty sumienia, że okradł? Pft, nie: może i prawie mu się udało przyjąć święcenia na mnicha, ale przecież nigdy nie był świętym… Wiedział jednak, że Alexander będzie bardzo zawiedziony ich zachowaniem, choć obaj z Flynnem bardzo chcieli, by wszystko wyszło doskonale.
Jim opadł na jedno z krzeseł przed dużą, rozświetloną toaletką z lustrem, i odchylił się do tyłu, wyciągając przy tym ramiona na boki, aż strzyknęło. Jeden z cyrkowców zaoferował się podrzucić niezbędne rekwizyty dziś rano, by bracia nie musieli przeciskać się przez tłum z naręczem kosmetyków do makijażu scenicznego, i aby nie narażać na szwank kostiumów uszytych na tę okazję przez siostrę-modystkę. Opróżnił kieszenie. Z szacunkiem odłożył na stół kieszonkową Biblię i nóż, a swój bilet na loterię podsunął bez słowa Flynnowi. Portfel Isaaka też rzucił na blat – ten wybebeszył się przypadkiem, ujawniając swoją nędzną zawartość: kilka prezerwatyw (Jim tylko uniósł delikatnie brwi), stosik zdjęć (ładna, pomyślał Jim, rzucając okiem na portrecik kobiety o rudych włosach i ciepłym uśmiechu) (pst, Olivia Quirke), kartki z jakimiś bazgrołami, i malutki woreczek z jakimś proszkiem. Ręką odsunął to wszystko daleko na bok, nachylając się na ten moment nad wypakowanymi buteleczkami z tuszem, cieniami do powiek, brokatem, pudrem, i innymi różnościami.
– Pomyślałem sobie, na ostatniej próbie, że to chyba twoje najlepsze lądowanie – kiedy już byłeś na ziemi, rozłożyłeś tak szeroko ramiona, i w taki, hm, dramatyczny sposób odchyliłeś głowę – “jak umierający feniks”, tak se w nocy wymyśliłem, niezłe, nie? Bo jak znów się podnosisz, to tak, jakbyś odradzał się znów do życia. W mojej głowie ta metafora miała sens. – Wzruszył lekko ramionami. Zatuszował szybko tę niepewność podnosząc się z miejsca, by pomóc bratu wykonać makijaż. W ruchu poszedł ciemny cień, mający podkreślać swym przerysowaniem ekspresję twarzy. – Więc poprosiłem Felixa, żeby przygotował nam zapas magicznej, czerwonej farbki fluorescencyjnej – Wygrzebał z kartonu z rekwizytami odpowiedni słoiczek, i wsadził bratu w łapę, żeby sobie obejrzał. – Moglibyśmy pomalować tym twój tatuaż. Rozświetli się nieziemską czerwienią, jak ognista smuga na ciele. Ale anioły są o niebo lepsze niż jakieś magiczne ptaszory. Tylko czy czarodzieje w ogóle wiedzą, czym są anioły? – Patrzył na twarz brata, próbując ocenić, co ten o tym wszystkim sądzi.
– Mógłbym też… – zaczął mówić, ale urwał nagle. Nie, nie przećwiczył tego. To nie był dobry pomysł. Lepiej poprzestać na bezpiecznych trikach.
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić