31.05.2024, 11:27 ✶
Na zewnątrz - fontanna z alkoholem
Penny, Philip, Pandora
Penny, Philip, Pandora
Kobieta rozpromieniła się, gdy Philip zgodził się dać autograf. Cudownie! Problem w tym, że nie miała przy sobie nic, na czym mężczyzna mógł złożyć podpis! Momentalnie zaczęła grzebać w niewielkiej torebce, zawieszonej na eleganckim łańcuszku, ale nic nie mogła znaleźć. Cholera jasna! Na szczęście z pomocą przyszła jej koleżanka. Nie minęła chwila, a wokół Philipa utworzył się wianuszek kobiet, które uśmiechały się do niego promiennie. Jak te harpie, liczące na to, że kropelka sławy skapnie akurat na nie. Pod nosem wylądowała mu pierwsza kartka i podręczne pióro.
Mężczyzna, który stał przy Pandorze i Penny, zdawał się nie dostrzegać u tej pierwszej tego odruchu obronnego. Z twarzy był niepodobny do nikogo, wydawało się, że był po prostu zwykłym mieszkańcem Doliny Godryka, który... cóż, był w błogim stanie, jeśli chodzi o upojenie alkoholowe. Aż klasnął w dłonie, gdy Pandora wspomniała o wierszach.
- Ach, skądże. To piękno pań sprawia, że serce chce śpiewać! - odpowiedział, uśmiechając się od ucha do ucha. - Na imię mam John, ale mówią mi Johny. Johnny...
- Blunt. John Blunt. I nie powinien pić - obok natarczywego gościa wyrosła kobieta. Wysoka, dość ładna, ale również nieznajoma zarówno Pandorze, jak i Penny, chociaż Penny mogła kojarzyć, że Bluntowie byli półkrwi po dziadzie pradziadzie, i mieszkali w Dolinie. Zajmowali się wędzeniem mięs i dostarczaniem ich do lokalnych restauracji. Najprawdopodobniej odpowiadali za część jedzenia również tutaj. - Proszę wybaczyć mężowi, czasem robi się zbyt... PRZYJAZNY!
Spiorunowała go wzrokiem, samej czerwieniąc się i wstydząc za małżonka. Co ciekawe, John zdawał się momentalnie wytrzeźwieć.
- Ach, tak... Czy to nie Marcus nas woła, kochanie? - uśmiechnął się delikatnie, nerwowo, cofając odruchowo od kobiet. Spojrzał jeszcze na Penny. - A panienkę chyba znam...? Panienka kiedyś nie wyprawiała urodzin z magicznymi szaszłykami?
Zaśmiał się nerwowo, ale gdy dostał kuksańca od żony, spoważniał.
- Przepraszam za męża - odciągnęła go od nich. - Ty tłuku, to córka Prewetta! A ta druga to wnuczka Jamesa! Jakie magiczne szaszłyki, coś ty wymyślił znowu?!
Niby dodała to szeptem, ale kobiety bez problemu mogły usłyszeć tę gwałtowną wymianę zdań.
Na zewnątrz - fontanna z alkoholem
Nora, Anthony, Morpheus
Nora, Anthony, Morpheus
Dziewczynka chlipnęła, patrząc na Norę. Biła od niej ciepła, kojąca energia - na chwilę malutka przestała ronić łzy. Chciała obejrzeć się w kierunku, który pokazywała jej Figg, ale wtedy Anthony wyciągnął z jej ucha monetę. Usteczka dziecka otworzyły się w bezbrzeżnym zdumieniu.
- Pan umie czarować bez różdżki! - pisnęła, zaciskając palce na dłoni Nory. W drugiej łapce pojawiła się moneta, którą dziewczynka przytuliła do piersi. Łzy, które przed chwilą płynęły strumieniami po jej policzkach, nagle przestały lecieć. To zadziwiające, jak dzieci potrafiły zmieniać nastrój - wystarczyła zaledwie sekunda, albo nawet i mniej, a dziewczynka zaczęła się uśmiechać. Odruchowo przytuliła się do Nory. - Ten pan jest miły. A pani jest cieplutka!
Palnęła, wielkimi oczami obserwując nadejście Morpheusa. Wydawało się, że mała jest zagubiona i trochę wystraszona. Było tu tak wiele dorosłych osób, takich dużych, a ona była maleńka jak okruszek.
- Mamusia! - pisnęła, machając do kobiety, która w końcu zwróciła na nich uwagę. Ta odkiwnęła jej głową, spojrzała na Norę i... Bezczelnie wróciła do rozmowy z koleżanką! - A widziała pani Lisę? Albo pan? Chcę jej pokazać pieniążek!
Chyba nie załapała, że ta magia, o której mówił Morpheus, mogła tyczyć się niej samej. W jej oczach to Anthony był prawdziwym czarodziejem - nie potrzebował w końcu różdżki do wyjmowania pieniędzy z uszu - musiał być okropnie bogaty! Mała postanowiła sobie w myślach, że kiedyś będzie taka jak on.