Łaska nieznania samego siebie. Odrzucenia pustej przestrzeni w klatce piersiowej. Bliskość Boga w tej formie. Bycie duchem brzmiało tak tragicznie i kusząco dla Morpheusa. Żyć wiecznie nie znając głodu, zmęczenia, płynąc i istniejąc w mroku i w jasności. Naruszać tkankę świata, tak jak robiło to jego widzenie, gdy był żywy. Gdy umrze, chciał stać się duchem. Unosić się w przestrzeni, nad ramionami ukochanych, żyć w ich życiu, aż ich samych nie dotknie kochający pocałunek śmierci. Czy duchy pragną? Nigdy o tym nie myślał. Byłby pięknym duchem. Tak bardzo smutnym, tak pełnym życia.
Uniósł jedną brew na pytanie ducha. Oczywiście, mogli się tego spodziewać. Dobrze, że nie zabrali z nimi Millie lub kogoś, kto nie znajduje się na niechlubnej liście rodów o nieposzlakowanym rodowodzie. Jak krowy. Brakowało jeszcze, żeby handlowano męskim nasieniem i robiono rejestry zapłodnień. O, z tymi można się krzyżować, a później wystawić młode na konkurs, kto jest lepszym przedstawicielem rasy. Nie komentował tego, bo nawet jeśli Godryk był progresywny, to nadal znajdowali się na tej liście. Nie bez powodu. Dobry rodowód. Zdrowe zęby.
— Prawdy. Dlaczego twoja rodzina zginęła. I dlaczego Księżycowy Staw pragnie również naszej krwi. Jestem pewien, że coś wiesz na ten temat. Inaczej wyrzuty sumienia nie popchnęłyby cię do samobójstwa. Mogłeś przecież wziąć nową żonę i zrobić nowe dzieci.
Wypadki chodzą po ludziach, nieodpowiedni małżonkowie ginąć w niewyjaśnionych okolicznościach. Juliusowie mogłoby nadal istnieć, ale nie istnieli. Ktoś, kto dbał tak bardzo o tradycję, o krew, musiał mieć coś na sumieniu.