Stojąc przed drzwiami, gdy czekała na Brennę i zastępcę kapitana, próbowała wtopić się w tło. Wyglądać tak, jakby nie stała tam na czatach, tylko że po prostu sobie tam… jest. Albo wręcz że wcale jej tam nie ma. Musiało to wyglądać naprawdę śmiesznie, ale na szczęście nikt nie próbował jej zaczepiać, ani zagadywać, i w końcu odetchnęła z ulgą, gdy kilkadziesiąt uderzeń serca później dołączyła do niej Brenna, a niedługo później zastępca kapitana, który na widok tego, co było w kabinie, zaklął szpetnie i wpuścił je do środka.
Victoria rozglądała się w środku uważnie, szukając wszelkich śladów, które mogłaby ofotografować Brenna. Robiła jej z karteczek numerki, a z notatnika zrobiła miarę obrazującą skalę, by później technicy nie mieli żadnej wątpliwości co do tego, jaką co miało wielkość. To były warunki całkowicie polowe, ale nie miały innej możliwości, jak grać na zasadach, które zostały im narzucone.
– Nie, nie widzę… – westchnęła, przyglądając się śladom krwi. I sama podskoczyła na dźwięk czyjegoś głosu z wyraźnym francuskim akcentem. Brenna była znacznie szybsza, dopadła do drzwi, a Victoria stała gdzieś za nią, bardziej z boku, słuchając tej wymiany zdań. I jej nie zaszokowały jej słowa. W zdecydowanej większości spraw, to małżonek był zabójcą; w pierwszej kolejności zawsze przepytywali się najbliższą rodzinę i niczym dziwnym nie było jeśli ofiarą i oprawca się znali. Zbrodnia w afekcie przytrafiła się bardzo często. Czy tak miało być i tym razem? Takie przyznanie się o niczym jeszcze nie świadczyło. Mogło by prawdziwe, a mogło być też całkowitym blefem – to też nie byłaby żadna nowość. Kiedy Brenna w końcu się do niej odwróciła, Victoria wzruszyła ramionami, chcąc jej przekazać że nie ma na ten temat jeszcze żadnych przemyśleń. Ale wyszła z kabiny, zamykając za sobą drzwi i zmierzyła zastępcę kapitana spojrzeniem.
– Jeszcze raz, pani godność? – zaczęła Victoria, ignorując słowa kobiety, po czym zapisała je wyraźnie na kartce (i miała nadzieję że nie zrobiła błędu w nazwisku, coś tam kiedys się uczyła francuskiego, ale nie na tyle, by się moc sensownie nim posługiwać plus było to dawno). – O której nastąpił zgon pani męża? – to były suche pytania, bo Victoria nie zwykła użalać się nad osobami, które przesłuchiwała. Nie bez powodu to ona była tym "złym gliną".
– Chyba jakieś pół godziny temu, nie mam zegarka – padło w odpowiedzi, a Victoria sobie to zapisała i pomyślała, że to chyba… chyba trochę za szybko, że to musiało minąć trochę więcej czasu, nic nie dała jednak po sobie poznać.
– Jak wyglądały wydarzenia poprzedzające śmierć? – ciemnooka uniosła spojrzenie znad kartki.
– Wszystko pamiętam jak przez mgłę, krzyczał na mnie i groził, nie chciałam go zabić, ale wpadłam w jakiś szał, potem wybiegłam na górny pokład, nie myślałam jasno – krzyczał i groził… może trzeba będzie przepytać ludzi, czy słyszeli krzyki. Może ktoś coś wie?
– A co się właściwie stało? Co spowodowało tę kłótnię? – i wypadek?
– Bił mnie, zdradzał i nie mogłam już tego wytrzymać – Victoria zanotowała i podniosła głowę, by spojrzeć wymownie na Brennę. Cóż, pasowało na motyw. Może chciała coś dodać? Ta kobieta pewnie myślała, że przyznanie się załatwi wszystkie formalności, niestety to nigdy nie było takie proste.
– Wie pani, z kim panią zdradzał? – to nie mogły być łatwe pytania i mogło się wydawać, że zakończenie czyjegoś żywota jest tym najtrudniejszym krokiem, ale trudności dopiero się zaczną.