Krótka wymiana zdań zapewniła mnie, że koteczek poradzi sobie w moich niezwykłych warunkach domowych. Ucieszyło mnie to. Przed te kilka chwil zdążyłam się rozkochać w tych niepewnych spojrzeniach rzucanych przez niego naokoło. Był pewnie trochę oszołomiony tym całym zgromadzeniem. Wszędzie tyle ludzi i głosów, a zaraz jeszcze na scenie rozpocznie się jakieś widowisko. Adopcja koteczka to kolejny powód, by jak najszybciej się stąd ewakuować.
Spojrzałam niezręcznie na wystawioną przede mną puszkę. Nigdy nie wiem, ile powinnam ofiarować w takim momencie. Tym bardziej teraz, w kraju, którego jeszcze nie znałam tak dobrze. Sięgnęłam nerwowo po sakiewkę. Po ile chodzą tu kocie karmy? U mnie na wsi nie mieliśmy kota. Naszymi myszami zajmował się gang od sąsiadów. Pożywieniem wszystkich zwierząt u Lysandra zajmuje się on sam... A niestety nie miałam też tyle pieniędzy, żeby sypnąć jednoznacznie hojnym darem. Wrzuciłam w końcu kilka monet, po czym w moje ręce trafił koszyczek z kotkiem. Zdecydowanie bezpieczniej będzie mi się go transportowało w ten sposób, niż po prostu w ramionach.
Zapewne stoisk sobie już nie obejrzę, ale przed wyjściem chciałam spojrzeć na loterię. Miałam kilka losów i przykro byłoby ich nie wykorzystać. Na Beltane też była jakaś loteria, ale nie pamiętam już, co mi się trafiło... W każdym razie, zostawiłam to na straganie przed odejściem i przepadło...
Spróbowałam więc swojego szczęścia. Łupy wrzuciłam szybko do plecaka, bo ogłoszono występy, a te chciałam zobaczyć. Pierwsi w kolejce byli uczniowie Hogwartu. Ich podekscytowanie szybko mi się udzieliło. Lubiłam klimat szkolnych występów, chociaż sama wolałam skryć się za innymi dziećmi albo grać drzewo. Wszelkie istotne role przerażały mnie. Na jasełka wolałam być jednym z czterech aniołków lub pięciu pastuszków, niż dokopywać się do roli Świętej Panienki.
Dzieci na scenie zaczęły przepięknie śpiewać, gdy coś się stało. Wszyscy rzucili spojrzeniem w stronę straganów. Zamarłam. Atak? Tak wcześnie? Żołądek cofnął mi się do gardła. Oczy panicznie wyszukiwały źródła zamieszania. I płomieni. Skoro miał być atak, to musiały być i płomienie. Żarłoczny ogień strawi kolejny festyn...
Ale panika nie wybuchła. Występ dzieci został anulowany, ludzie zaczęli opuszczać rejon stoisk i zostało tylko jakieś kółeczko przyglądające się wydarzeniu.
Musiałam uspokoić skołatane nerwy. Poszłam usiąść na trawie, gdzieś na skraju widowni, by odetchnąć, a po drodze zgarnęłam ulotkę od jakiejś starszej pani. Moje ciało wciąż było pobudzone i gotowe do ucieczki. Ale najwyraźniej nie stało się nic aż tak poważnego.
Spojrzałam na ulotkę. Było tam coś o rytuale dla ochrony domu. Brzmiało jak jakieś zabobony, ale nie potrzbe było wiele, by go wykonać. Nie zaszkodzi, jeśli go wykonam po powrocie.