To były jedyne dzieci, jakie mogli naprodukować, nie? Kocia mama i koci tata, od siedmiu boleści, siebie warci. Oboje się potrafili rozświergotać i rozpływać na widok kota, Victoria straciła głowę dla tego maluszka, zresztą Sauriel też – do tego stopnia, że większą atencją obdarzał małego kotka, niż Victorię i musiała się z tym pogodzić. Znosiła to z godnością, bo ustępowała miejsca własnemu kotu, a nie innej kobiecie. Czy mała była podobna do Sauriela? Cóż, była cała czarna. I Sauriel jej doglądał, bawił się z nią, brał na ręce, przytulał i szeptał na uszko to i owo. Błękitny Kwiatuszek, poza tym, że został skrzywdzony przez jakieś dzieci, które rzuciły na niego czar – dlatego jego futro było całe niebieskie i nie dało się tego odmienić – przejawiał spokój i ostrożność Victorii, jej zdolność do obserwacji oraz szaloną miłość do roślin. Ewidentnie miał też swój koci charakterek. Może taki sam byłby Sauriel, gdyby nie skrzywdziła go jego własną rodzina? Wnioski jednak Stanley mógł (i musiał) wyciągać sam, i najwyraźniej jakiś wynik równania zaświtał mu w głowie. Rzecz jasna Victoria nawet przez sekundę nie podejrzewała, że wedle Stanleya robili z Saurielem jakieś niegrzeczne rzeczy, po których ona zaszła w kocią ciążę.
Tyknięty kot zaraz oblizał nochala i zaraz zaczął się kręcić na kanapie, szukając dogodnego miejsca by zeskoczyć na podłogę. Linie jeszcze nie do końca to wychodziło, dlatego Victoria albo sama ją gdzieś kładła, albo wyczarowywała dla niej małe schodki, by mogła się wdrapać na łóżko, kanapę czy jakiś inny mebel. W innym wypadku próbowała się wspinać po czyjejś nodze, tymi swoimi pazurzastymi małymi igiełkami. Teraz ewidentnie próbowała zaskoczyć, ale się bała. Kwiatuszek tylko obserwował.
– Nie bardzo go kojarzę, tylko z imienia – skrzywiła się tak wyraźnie, że Stanley mógł zacząć podejrzewać, że coś tu jest na rzeczy. – Wszystko wskazuje na to że mieszka kamienice obok. Bywałam tu kiedyś czasami i nic się nie działo, a odkąd się wprowadziłam to… hałasuje. Bardzo. Wydziera się, puszcza jakąś… jakąś afrykańską muzykę, wiesz bębny, wycie, trzaski, jakby skakał wokół ogniska w jakimś godowym rytualnym tańcu – skrzywiła się. – Ogólnie to zakłóca mój spokój i ciszę nocną, gnojek jeden. Teraz jest wyjątkowo cicho – wyjaśniła pokrótce a ostatecznie wzruszyła ramionami. Historia była ociupinkę dłuższa, ale to nie chodziło o nią, tylko o niego, o Stanleya.
– Dobra tam, celowo zignorował. Wcale nie jest głupi ani zapominalski – Victoria machnęła ręką w powietrzu, jakby odganiała jakąś irytująca muchę, dając do zrozumienia, że to nieważne. Nie była o to zła, chociaż Stanley mógł się bać, że jest inaczej.
Zajrzała mu w te zęby z bliska, marszcząc brwi. No czarne jak smoła, przez co wyglądał, jakby stracił wszystkie zęby, tylko usta układały mu się normalnie. Kilka dni? Niedobrze, będzie potrzeba czegoś mocnego… Chłoszczyść faktycznie mogłoby nie wystarczyć.
– Próbowałeś rozpraszania magii, tak? – upewniła się jeszcze i w zasadzie wtedy uznała, że magią to na pewno tego nie załatwią. – Chodź, idziemy na dół. Zrobię ci na to jakąś mieszankę na miejscu – brzmiała na wyraźnie zamyśloną, ale podniosła się i już miała zrobić krok do przodu kiedy zza pleców znowu usłyszeli ciche, ale jakże przenikliwe "miiiił". Zatrzymała się, odwróciła i jedną ręką złapała mała kulkę pod brzuszkiem i uniosła w powietrze, biorąc w ramiona. – No już, nie zostawię cię przecież – powiedziała do kici i wyszła z salonu na klatkę schodową prowadząc ich na dół. Chwilę później można było usłyszeć ciche tupnięcie kiedy Kwiatuszek ewidentnie się podniósł i zeskoczył z kanapy, idąc za nimi w pewnej odległości. Nie zeszli jednak na parter, a jeszcze niżej, do piwnicy, gdzie Victoria pchnęła drzwi i weszli do jej pracowni, gdzie rozstawionych było kilka bardzo dużych kociołków, ale były też mniejsze rozmiary na półkach, duży, drewniany stół, miękkie fotele i regały zastawione różnymi słoiczkami i opakowaniami ze składnikami. Było tu dość ciemno, Victoria ruchem ręki sprawiła że zapłonęły lampy i unosił się bardzo specyficzny, ziołowy zapach. Lunę odłożyła na podłogę i kicia zaraz zaczęła kręcić się po pomieszczeniu z ciekawością. Drzwi nie zamknęła i za chwilę pojawił się w nich też niebieski kot.
– Mam nadzieję, że podziała – rzuciła, kręcąc się po pomieszczeniu i zbierając różne rzeczy na stół, gdzie Stanley miał mieć zaraz flashbacki z Wietnamu, to jest przypomnienie z lekcji eliksirów, gdzie różne rzeczy się obcierało nożem, w moździerzu, dodawało w odpowiednich momentach, mieszało w we właściwą stronę określoną ilość razy… – A poza tym co u ciebie, hmm? Dawno cię nie widziałam w pracy – czy brała go pod włos? Może… wyglądało to tak, jakby trochę się z niego naigrywała.