29.12.2022, 14:03 ✶
- Bzdura. To tylko mugole mogliby wierzyć w takie wyssane z palca przesądy – każdy szanujący się czarodziej wiedział doskonale, że nieodzownym atrybutem prawdziwej czarownicy jest kot, i najlepiej czarny. One wcale nie przynosiły pecha. A już na pewno nie na terenach Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkali. Nie, tu nawet mugole nie byli tak głupi, żeby w to wierzyć i doskonale wiedzieli, że czarny kot zwiastował szczęście. Gdziekolwiek Sauriel się tego naczytał – to wszystko pomieszał. Albo ktoś mu to wmówił, cholera wie. Victoria nie zamierzała w to wnikać, za to mogłaby mu zrobić na ten temat mini wykład, gdyby tylko pociągnął temat. Ale znając Sauriela – ten wolałby się zamykać w sobie, niezadowolony, że powiedział na swój temat za dużo, z czego można byłoby coś wyciągnąć. - Hmm. Lepszy taki, niż żaden – odpowiedziała mu już w tym samym tonie, co on jej: z lekką kpiną, czy sarkazmem. Każdy ma takiego kota, na jakiego najwyraźniej zasłużył. DLatego Victoria, zamiast puchatego mruczka, dostała w prezencie od rodziców narzeczonego, który nazywał siebie kotem.
Victoria starła się byc spokojna i oklumencja wielce to ułatwiała. Wydawała się być zblazowana, który to efekt zdawał jej się, że pasował do takiego miejsca i do takich ludzi. Przy ich stoliku zrobiło się małe zamieszania – gadka-szmatka, od słowa do słowa się zapoznali, a potem ta świnia powiedziała do niej coś paskudnego. Jej nie-mąż się wkurzył, a Victoria skwitowała to morderczym spojrzeniem na blondynkę, uśmiechem i odpowiedziała jej w znanym jej języku, czy jej czegoś zazdrości i żeby pilnowała swojego świńskiego nochala. Później już poszło gładko. Tori sama starała się pić powoli, by alkohol nie uderzył jej do głowy – bo później kontrola oklumencji i w ogóle jakichkolwiek innych czarów byłaby problemem. Ale piła, żeby nie być podejrzana. Zresztą… samonapełniające się kieliszki tutaj pomagały trochę zatuszować sprawę. Sama wtrącała się niewiele, pozwalając Saurielowi błyszczeć w glorii i chwale przy stoliku i kontaktach towarzyskich, ale słuchała. Zwłaszcza nadstawiła uszu jak zaczął się temat o zabójstwach. Sama wtrąciła może ze dwie kwestie, kilka nic nieznaczących przypuszczeń, żeby jednak nadal uczestniczyć w rozmowie. Poczuła zgrozę, kiedy wymyślono sobie zabawę w rzucaniu nożami, ale nie zainterweniowała, tylko patrzyła i miała wielką nadzieję, że młodemu nic się nie stanie. Nie stało. Avery bardzo sprytnie blokował noże. No i nie obyło się bez tego, o czym ostrzegał ją Sauriel. Jedno dotknięcie jej ramienia i zbyt mocne nachylanie się, by zajrzeć za jej dekolt i “przypadkowe” klepnięcie ją w tyłek później i Sauriel wstał. Szurnął krzesłem… a potem szurnął kolesiowi. Vicky nie zdążyła nawet wyciągnąć różdżki, żeby samej załatwić sprawę. Tak jak mu powiedziała – wiedziała, że przy takich sprawach trzeba sobie czasami pobrudzić ręce, więc nic nie powiedziała, kiedy już Sauriel ciężko siadł na krzesło po tym, jak go odciągnęli od nieprzytomnego już mężczyzny. Nie patrzyła na leżącego, tylko na “swojego chłopa”, odwracając to, jak ją przedstawił towarzystwu. I nawet podziękowała mu cicho.
Posiedzieli jeszcze chwilę, kilka razy zerknęła w miejsce, gdzie omijali tamtego pobitego oblecha, a w końcu rzuciła krótkie:
- Kocie, może już pójdziemy? – nie “kociaku”, nie “kotku” jak nie chciał, ale wymyśliła swoją wersję, która, jak miała nadzieję, będzie mu pasować. Tak czy siak się zebrali. Ona też czuła alkohol w swoim organizmie. - Przejdziemy się? – chciała jeszcze obejść kawałek okolicy, co z tego, że po ciemku. Wymówką było to, że musieli trochę wytrzeźwieć, a potem mogą iść do domu. Rozejść się, albo pójść razem, cholera wie. Paradoksalne w tym wszystkim było to, że gdyby nie to, że była to praca i część przykrywki, to był to całkiem przyjemny wieczór. I noc – bo już mocno zahaczyli o noc.
Victoria starła się byc spokojna i oklumencja wielce to ułatwiała. Wydawała się być zblazowana, który to efekt zdawał jej się, że pasował do takiego miejsca i do takich ludzi. Przy ich stoliku zrobiło się małe zamieszania – gadka-szmatka, od słowa do słowa się zapoznali, a potem ta świnia powiedziała do niej coś paskudnego. Jej nie-mąż się wkurzył, a Victoria skwitowała to morderczym spojrzeniem na blondynkę, uśmiechem i odpowiedziała jej w znanym jej języku, czy jej czegoś zazdrości i żeby pilnowała swojego świńskiego nochala. Później już poszło gładko. Tori sama starała się pić powoli, by alkohol nie uderzył jej do głowy – bo później kontrola oklumencji i w ogóle jakichkolwiek innych czarów byłaby problemem. Ale piła, żeby nie być podejrzana. Zresztą… samonapełniające się kieliszki tutaj pomagały trochę zatuszować sprawę. Sama wtrącała się niewiele, pozwalając Saurielowi błyszczeć w glorii i chwale przy stoliku i kontaktach towarzyskich, ale słuchała. Zwłaszcza nadstawiła uszu jak zaczął się temat o zabójstwach. Sama wtrąciła może ze dwie kwestie, kilka nic nieznaczących przypuszczeń, żeby jednak nadal uczestniczyć w rozmowie. Poczuła zgrozę, kiedy wymyślono sobie zabawę w rzucaniu nożami, ale nie zainterweniowała, tylko patrzyła i miała wielką nadzieję, że młodemu nic się nie stanie. Nie stało. Avery bardzo sprytnie blokował noże. No i nie obyło się bez tego, o czym ostrzegał ją Sauriel. Jedno dotknięcie jej ramienia i zbyt mocne nachylanie się, by zajrzeć za jej dekolt i “przypadkowe” klepnięcie ją w tyłek później i Sauriel wstał. Szurnął krzesłem… a potem szurnął kolesiowi. Vicky nie zdążyła nawet wyciągnąć różdżki, żeby samej załatwić sprawę. Tak jak mu powiedziała – wiedziała, że przy takich sprawach trzeba sobie czasami pobrudzić ręce, więc nic nie powiedziała, kiedy już Sauriel ciężko siadł na krzesło po tym, jak go odciągnęli od nieprzytomnego już mężczyzny. Nie patrzyła na leżącego, tylko na “swojego chłopa”, odwracając to, jak ją przedstawił towarzystwu. I nawet podziękowała mu cicho.
Posiedzieli jeszcze chwilę, kilka razy zerknęła w miejsce, gdzie omijali tamtego pobitego oblecha, a w końcu rzuciła krótkie:
- Kocie, może już pójdziemy? – nie “kociaku”, nie “kotku” jak nie chciał, ale wymyśliła swoją wersję, która, jak miała nadzieję, będzie mu pasować. Tak czy siak się zebrali. Ona też czuła alkohol w swoim organizmie. - Przejdziemy się? – chciała jeszcze obejść kawałek okolicy, co z tego, że po ciemku. Wymówką było to, że musieli trochę wytrzeźwieć, a potem mogą iść do domu. Rozejść się, albo pójść razem, cholera wie. Paradoksalne w tym wszystkim było to, że gdyby nie to, że była to praca i część przykrywki, to był to całkiem przyjemny wieczór. I noc – bo już mocno zahaczyli o noc.