01.06.2024, 10:48 ✶
– Co to za ponura mina? – rzucił przez ramię początkowo całkiem nieźle radząc sobie z truchtem, nie wiedząc jeszcze w jakim stanie dotrze do małego zameczku, do którego przecież nie było tak daleko. – Somnia już! Dzisiaj taki piękny dzień zobacz, jaki kolor ma niebo, skoro ja nie mogę. Zobacz i mi o nim opowiedz, chce posłuchać o różowym. – rzucił jeszcze w rozbawieniu. Logo brygady uderzeniowej nie ściągało jego wzroku, nie wywoływało w głowie nadmiaru pytań. Longbottomowie w większości byli osadzeni w tej części ministerstwa, a ich domowe zwyczaje "stadne" choć były absolutnie obce Shafiq'owi w praktyce, to w teorii znał je całkiem nieźle.
– Widziałem patronkę na dzisiaj. Moc, jedna z moich ulubionych. Panna i lew. – Kolana szczęśliwie nie bolały, jego nauczycielka pokazała mu jak to robić, żeby potem nie kuśtykać pół dnia. Ale oddech łatwo uciekał. Zdecydowanie zbyt łatwo. Chciał rozmawiać z Morpheusem, chciał go zaczepiać, zagadywać, tak to wyglądało podczas wspólnych spacerów, to podczas wspólnego biegania też powinno, prawda? – Czemu tam właściwie nie ma wilka? Skandynawowie od razu powiedzieliby Ci, że to ucieleśnienie siły, zwycięstwa, ale też mądrości i sprytu. Lew ma więcej w sobie majestatu. Chodziło o jakąś. Obłaskawienie monarchii? Wyobraź sobie. Moc jako nałożnica króla. Ostrzeżenie. Żeby z nią. Nie zadzierać. – zdania bezczelnie rwały się coraz bardziej i nie minęło wiele, gdy Anthony zarządził przerwę, opierając się w zadyszce o przydrożne drzewo. Jakie to szczęście, że wybrał taką godzinę... Jednak zamiast użalania się nad sobą, jego twarz wykrzywiał uśmiech zażenowania samym sobą.
– Cholerne Longbottomiarskie dzieciństwo na wybiegu. Zawsze Ci zazdrościłem, że tak dobrze radzisz sobie ze schodami na wieżę, widzę, że... że niewiele się zmieniło. Trochę Cię teraz nienawidzę, wiesz? – umilkł chichocząc niekontrolowanie, czując że całe jego ciało zgłasza sprzeciw, przed podjęciem dalszej drogi.
– Widziałem patronkę na dzisiaj. Moc, jedna z moich ulubionych. Panna i lew. – Kolana szczęśliwie nie bolały, jego nauczycielka pokazała mu jak to robić, żeby potem nie kuśtykać pół dnia. Ale oddech łatwo uciekał. Zdecydowanie zbyt łatwo. Chciał rozmawiać z Morpheusem, chciał go zaczepiać, zagadywać, tak to wyglądało podczas wspólnych spacerów, to podczas wspólnego biegania też powinno, prawda? – Czemu tam właściwie nie ma wilka? Skandynawowie od razu powiedzieliby Ci, że to ucieleśnienie siły, zwycięstwa, ale też mądrości i sprytu. Lew ma więcej w sobie majestatu. Chodziło o jakąś. Obłaskawienie monarchii? Wyobraź sobie. Moc jako nałożnica króla. Ostrzeżenie. Żeby z nią. Nie zadzierać. – zdania bezczelnie rwały się coraz bardziej i nie minęło wiele, gdy Anthony zarządził przerwę, opierając się w zadyszce o przydrożne drzewo. Jakie to szczęście, że wybrał taką godzinę... Jednak zamiast użalania się nad sobą, jego twarz wykrzywiał uśmiech zażenowania samym sobą.
– Cholerne Longbottomiarskie dzieciństwo na wybiegu. Zawsze Ci zazdrościłem, że tak dobrze radzisz sobie ze schodami na wieżę, widzę, że... że niewiele się zmieniło. Trochę Cię teraz nienawidzę, wiesz? – umilkł chichocząc niekontrolowanie, czując że całe jego ciało zgłasza sprzeciw, przed podjęciem dalszej drogi.