Był przerażony.
Mógł mieć kiepski dzień, kiermasz mógł być okropny, ale kiedy to wszystko zaczęło się dziać i eskalować to strach ścisnął mu gardło. Zadrżał, zaczął się wręcz trząść, kiedy już odszedł od stoiska Tristana i Olivii i zamiast tak jak każdy człowiek poddać się temu owczemu pędowi to tkwił w miejscu, słuchał i chłonął. Śmierciożercy? Pierwsza myśl, może głupia, może irracjonalna, ale przeszyła go zimnem na wskroś. Tylko kot w jego ramionach pozostawał leniwie nieczuły na ewentualne zamieszanie i wyglądał, jakby zaraz miał zasnąć i co najwyżej syczeć na ludzi, że się tak tłoczą. Najpierw to były tylko głośne komentarze, jakieś zamieszanie, coś o Atreusie i Philipie, ale gdzie w tym wszystkim jego kuzyn i Philip? Nie wszyscy brali to na poważnie, nie każdy panikował. Rozwojowa sytuacja naprężała strachem i sprawiała, że ciężej się oddychało. Starał się przedrzeć tam kawałek, żeby zobaczyć, co się dzieje, ale właściwie nie było nawet takiej szansy. Widział nic i tylko podpytał kogoś z tłumu, kto właśnie cofał się z przodu, co się tam dzieje, żeby otrzymać bardzo migotliwe Nott i Bulstrode się pobili, co za pajacera i tyle. Pobili. O co? Ale skoro nie miał szans się dostać na przód to pozostawało wymknąć się z kleszczy tłumu. Wycofał się. Korzystając z tego, że z głębi straganów część ludzi kłębiła się tam, część wycofywała. Jeśli szczęście da i dopisze to Victoria gdzieś tam zabłądzi i zrobi z tym porządek, albo że na pewno pojawi się tam Alastor będący dzisiaj na służbie (wyglądający wspaniale w tym czarnym mundurze).
Stoisko kowenu
Aby nie plątać się pod nogami ludzi i żeby nie stała się jakakolwiek większa tragedia, nie mogąc i nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca jak na razie, chciał wycofać się znów pod scenę. Niektóre stragany się rozluźniły, zrobiło się więcej przestrzeni do życia i oddychania. Odetchnął więc z ulgą. Spojrzał na stoisko, koło którego wylądował, tak prawdę mówiąc nie bardzo orientując się nawet, gdzie chwilowo trafił, kiedy jego myśli skupiły się na wydostaniu z tego syfu. Stoisko kowenu przyciągało zdecydowanie spojrzenie specyfiką tego, co miało do zaoferowania. Ciekawość silniejsza od strachu była domeną kotów, ale była też czymś, co potrafiło całkiem skutecznie utrzymać Prewetta w jakimś sensowniejszym miejscu. Punkcie. Stabilności psychicznej. Spoglądanie na te specyficzne rzeczy znajdujące się na stoisku, które opiewały Matkę, albo nawiązywały do samego Kowenu było... specyficznym doznaniem w tym momencie. Laurent aż potrząsnął głową, starając się znormalizować oddech i uspokoić niespokojnie walące serce, miotając spojrzeniem po stoisku. Przysunął się bliżej, spoglądając na ludzi niepewny, czy udało mu się miejscu zamieszania umknąć i przez chwilę pozwolił sobie postać obok stoiska i nikomu nie przeszkadzać, zanim stanął przed Sebastianem siląc się na uśmiech chociaż minimalnie ciepły. Jak mu się to udało to sam nie był pewien.
- Dzień dobry, Sebastianie. - Nie chciał przeszkadzać nadmiernie ani jemu ani nikomu się tu znajdującemu. Poprosił go o brązowy koszyk wiklinowy i koszulkę z napisem "believer" (cóż te go, że odnosiło się to do religii), którą położył w koszyku, a do koszyka wsadził samą Diwę, jasną, szaro-białą kotkę o długim włosiu. Do tego jeszcze poprosił butelkę, która wyglądała właściwie pięknie. Byłby z niej ładny wazon na pojedynczą różę... Wręczył pieniądze Sebastianowi albo jego pomocnikowi, Edwardowi, wyjątkowo nieco niespokojny, że przeliczanie tyle trwało. Wcisnął butelkę obok Diwy, która była tym odrobinę niezadowolona, ale przyjęła, myjąc swój brzuch, że koszyk nie jest tylko jej własnością, zanim się oddalił.
Scena
Słyszał śpiew dzieci i słyszał niemałe zamieszanie, jakie się zrobiło. Przyszedł chyba w ostatnim momencie, żeby zobaczyć, jak Geraldine staje się bohaterką, niknąc gdzieś tam za sceną. To tam można było wchodzić..? Rozejrzał się nieco, szczególnie za jednym panem znanym pod pseudonimem Overseer, który definitywnie obwieścił, że Laurent powinien trzymać się przynajmniej pięćset mil od tego miejsca. Nie, Laurent wcale nie zamierzał sobie brać jego słów do serca. Przecież ten żałosny robak powinien dziękować, że może na niego spoglądać, a co dopiero go szarpać, jak to zrobił, czy zabraniać mu chodzić albo widywać się z kimkolwiek. Tylko ze względu na Edga nie pociągnął tamtego absurdalnego spotkania dalej, a tylko rzucił temu biedakowi w twarz galeonem. Cóż, przecież to tylko Overseera wina, że nie potrafił upilnować swoich psów z cyrku.
Teraz sobie tym nawet nie zawracał głowy.
Przynajmniej tutaj nikt nie krzyczał i nikt nie okładał się pięściami. Jeszcze.