29.12.2022, 17:24 ✶
- Skoro jest bogata, po co miałaby nas okradać? – zapytał Fergus z konsternacją wymalowaną na twarzy. Skoro potencjalna złodziejka miała perfumy warte kilka włosów jednorożca, dlaczego trudziła się włamaniem do sklepu z różdżkami? Ollivander zakodował sobie w głowie, żeby zwracać większą uwagę na to, kto używał jakich perfum. Najwyraźniej mogłoby to być pomocne w poszukiwaniu kogoś konkretnego, choć sam nie miał nosa wilka wrażliwego na to, co już zanikało w powietrzu. W ogóle to, że ogarnęła animagię i na dodatek wykorzystywała ją w pracy było po prostu świetne.
- Oby właśnie tak było – stwierdził pan Ollivander w kwestii uświadomienia różdżki o swoim uczuciu, na co Fergus wywrócił oczami. Mieli szukać włamywacza, a nie porównywać drewniane przedmioty do własnych dzieci, chociaż mężczyzna miewał czasem wrażenie, że jego ojciec wybrałby różdżki ponad własnych potomków.
Gdy stali tak przed sklepem, w oknach którego Brenna umieściła rolety, przechodnie jeszcze bardziej skupiali na nich uwagę. Nikt jednak nie odważył się pytać, co odpowiadało Fergusowi. Może wzięli to za jeden z ataków, choć wyraźnie była to jedynie dość skuteczna próba kradzieży?
- Nawet panna Longbottom? – westchnął starszy Ollivander, właśnie w ten sposób interpretując spojrzenie brygadzisty na drzwi. Fergus z kolei wcisnął ręce w kieszenie i kiwał się na nogach, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Po prostu stał przed wejściem do ich przybytku w towarzystwie zirytowanego ojca i bojącego się własnego cienia Sadwicka. I czekał, aż w końcu pojawi się Brenna.
Nie miał pojęcia, co takiego robiła, że jej twarz wyglądała jakby ktoś rzucił w nią balonem wypełnionym krwią. Zajrzał jej przez ramię, wyraźnie zaciekawiony, ale nie dostrzegł zupełnie nic. Jedynie swąd spalenizny dochodził do jego nozdrzy, na co się skrzywił.
- Czy ty wywoływałaś demona? – zapytał w tej samej chwili, w której jego ojciec próbował się dowiedzieć, jak tego dokonała i kiedy otrzymają wyniki jej śledztwa. – Mogę wywołać kolejnego razem z tobą? – zawołał, szczerząc się do niej. Sięgnął do kieszeni, szukając czegoś pomocnego, aż natrafił na starą serwetkę z Dziurawego Kotła, którą dali mu razem z kawą. Nieużywana, choć pogięta. I podał jej ją, by mogła otrzeć krwawe plamy z twarzy.
- Fergus! – fuknął pan Ollivander na wzmiankę o wywoływaniu upiorów. – Przepraszam za niego, nie wiem w kogo się wdał, chyba we własną matkę. – To zdanie skierował już cicho do stojącego najbliżej Sadwicka, znów dręcząc biednego brygadzistę swoimi uwagami. Fergus był zbyt pochłonięty tym, jakiego rodzaju magii używała Longbottom i dlaczego nie mógł się dowiedzieć czegoś więcej.
- Obiecałem ci ciastka! – przypomniał sobie młodszy Ollivander, waląc się otwartą dłonią w czoło, tak dla efektu. – Masz ochotę na ciastko, Brenno?
Nie czekając na żadną odpowiedź, pociągnął ją za ramię w kierunku sklepu. Po prostu chciał jak najszybciej uwolnić się od towarzystwa ojca, a skoro mógł przy okazji zapobiec burczeniu w brzuchu biednej brygadzistki, tym lepiej dla niego. Konkretna wymówka, by zamknąć się w biurze.
- Oby właśnie tak było – stwierdził pan Ollivander w kwestii uświadomienia różdżki o swoim uczuciu, na co Fergus wywrócił oczami. Mieli szukać włamywacza, a nie porównywać drewniane przedmioty do własnych dzieci, chociaż mężczyzna miewał czasem wrażenie, że jego ojciec wybrałby różdżki ponad własnych potomków.
Gdy stali tak przed sklepem, w oknach którego Brenna umieściła rolety, przechodnie jeszcze bardziej skupiali na nich uwagę. Nikt jednak nie odważył się pytać, co odpowiadało Fergusowi. Może wzięli to za jeden z ataków, choć wyraźnie była to jedynie dość skuteczna próba kradzieży?
- Nawet panna Longbottom? – westchnął starszy Ollivander, właśnie w ten sposób interpretując spojrzenie brygadzisty na drzwi. Fergus z kolei wcisnął ręce w kieszenie i kiwał się na nogach, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Po prostu stał przed wejściem do ich przybytku w towarzystwie zirytowanego ojca i bojącego się własnego cienia Sadwicka. I czekał, aż w końcu pojawi się Brenna.
Nie miał pojęcia, co takiego robiła, że jej twarz wyglądała jakby ktoś rzucił w nią balonem wypełnionym krwią. Zajrzał jej przez ramię, wyraźnie zaciekawiony, ale nie dostrzegł zupełnie nic. Jedynie swąd spalenizny dochodził do jego nozdrzy, na co się skrzywił.
- Czy ty wywoływałaś demona? – zapytał w tej samej chwili, w której jego ojciec próbował się dowiedzieć, jak tego dokonała i kiedy otrzymają wyniki jej śledztwa. – Mogę wywołać kolejnego razem z tobą? – zawołał, szczerząc się do niej. Sięgnął do kieszeni, szukając czegoś pomocnego, aż natrafił na starą serwetkę z Dziurawego Kotła, którą dali mu razem z kawą. Nieużywana, choć pogięta. I podał jej ją, by mogła otrzeć krwawe plamy z twarzy.
- Fergus! – fuknął pan Ollivander na wzmiankę o wywoływaniu upiorów. – Przepraszam za niego, nie wiem w kogo się wdał, chyba we własną matkę. – To zdanie skierował już cicho do stojącego najbliżej Sadwicka, znów dręcząc biednego brygadzistę swoimi uwagami. Fergus był zbyt pochłonięty tym, jakiego rodzaju magii używała Longbottom i dlaczego nie mógł się dowiedzieć czegoś więcej.
- Obiecałem ci ciastka! – przypomniał sobie młodszy Ollivander, waląc się otwartą dłonią w czoło, tak dla efektu. – Masz ochotę na ciastko, Brenno?
Nie czekając na żadną odpowiedź, pociągnął ją za ramię w kierunku sklepu. Po prostu chciał jak najszybciej uwolnić się od towarzystwa ojca, a skoro mógł przy okazji zapobiec burczeniu w brzuchu biednej brygadzistki, tym lepiej dla niego. Konkretna wymówka, by zamknąć się w biurze.