01.06.2024, 20:08 ✶
Dworek rzeczywiście zaoferował zagubionej podróżniczce wszystko, czego ta mogła sobie zażyczyć: dach nad głową, ciepło, jedzenie. Tak, jedzenie smakowało bosko i zachęcało, aby jeść go więcej, i więcej, i więcej. Całkiem dosłownie, bo niezależnie od tego, ile kobieta jadła, w jej żołądku wciąż było miejsce na dokładkę. Mogła sycić się wyborną symfonią smaków i zapachów, ile dusza zapragnie.
— Animagiem? Ależ skądże. Na imię mi Amadeusz i jestem majordomusem Ochrowego Dworku — odparł żywo zaskoczony jej sugestią jamnik. Zupełnie jakby fakt, że dworki mają swoich psich zarządców, był najoczywistszym na świecie, a Jagoda zrobiła z siebie tym pytaniem głuptaska. — Proszę się częstować.
Gdy Brodzki zajęła się jedzeniem, Amadeusz zniknął gdzieś niepostrzeżenie i przez chwilę była w jadalni sama. Aby coś się zmieniło, wystarczyła ledwo chwila nieuwagi — spojrzenie wbite w talerz sekundę dłużej czy wzrok odwrócony, aby podziwiać zdobiące jadalnię portrety. Chwila nieuwagi i okazało się, że przy kolacji siedziało z nią pięć innych osób.
Nie zwiastował ich nadejścia żaden hałas, żaden ruch uchwycony kątem oka. Niby zawsze tam byli. Ustawione przed nimi talerze wypełniał rozpoczęty posiłek: nadkrojone plasterki mięsa, rozgrzebane purée, chlapnięta już sosem roladka. Siedzącego u szczytu stołu pana Binnsa czarownica ujrzała, gdy właśnie jak gdyby nigdy nic brał łyk wina ze swojego kielicha. Był to starszy pan: korpulentny, niski — czyżby goblinie korzenie? — o zaczerwienionych policzkach i długim siwym wąsie.
— To straszne. Dzięki dobrej Matce, że nic ci się poważnego nie stało, Jago. — Damski głos należący do usadzonej po jej prawej stronie. Oto jedna z córek Binnsa pochyliła się ku Brodzki ze zmartwieniem wyrysowanym na twarzy i dotknęła jej ramienia w mającym dodawać otuchy geście. — Gdy dojrzałam cię z okna, wielce się przelękłam. Do licha z tymi zawirowaniami pogodowymi! Jak nic deszcz tu winien.
W słowach tej rudej, rezolutnej dziewczyny wybrzmiewała pewność i oburzenie. Oczy miała jak dwa koraliki z czarnego szkła, gęste pukle włosów ewidentnie kręciła na papilotach, a gdy się uśmiechała, ujawniała wydatne przednie zęby, które jednak więcej przydawały jej uroku, niż ujmowały.
— Tak niechybnie było — zawtórowała jej kolejna z dziewcząt, lecz bez emfatycznej maniery pierwszej z sióstr. Jeśli Binns miał faktycznie coś wspólnego z goblinami, to matka tej wysokiej niewiasty musiała być olbrzymką. — Niepomiernie rade jesteśmy z twojej wizyty. Odkąd narzeczony Milcenty przestał zachodzić do nas, próżno czekamy gości.
— Zostawże ten temat, Antosiu — bąknęła trzecia, wyraźnie speszona, jakby zapadając się w sobie na wspomnienie chłopaka.
— Birbant to był i hultaj! — Ostatnia z sióstr uderzyła otwartą dłonią w blat, aż zatrzęsła się kosztowna zastawa. — Dobrze tatulo zrobił, że go w cztery wiatry pogonił.
— Spokój, moje panny — skarcił je łagodnie pan Binns. — Słusznie zauważyła Gryzelda: najważniejsze, że panienka Brodzki cało wyszła z tego nieszczęsnego wypadeczku i spędza z nami wieczór. — Uśmiechnął się do Jagody i wzniósł kielich w geście toastu. — Pogoda pod psem, nie ma co. Niechże pani uczyni nam tę przyjemność i zostanie do rana. Ugościmy jak trzeba, niczego nie braknie.
— Animagiem? Ależ skądże. Na imię mi Amadeusz i jestem majordomusem Ochrowego Dworku — odparł żywo zaskoczony jej sugestią jamnik. Zupełnie jakby fakt, że dworki mają swoich psich zarządców, był najoczywistszym na świecie, a Jagoda zrobiła z siebie tym pytaniem głuptaska. — Proszę się częstować.
Gdy Brodzki zajęła się jedzeniem, Amadeusz zniknął gdzieś niepostrzeżenie i przez chwilę była w jadalni sama. Aby coś się zmieniło, wystarczyła ledwo chwila nieuwagi — spojrzenie wbite w talerz sekundę dłużej czy wzrok odwrócony, aby podziwiać zdobiące jadalnię portrety. Chwila nieuwagi i okazało się, że przy kolacji siedziało z nią pięć innych osób.
Nie zwiastował ich nadejścia żaden hałas, żaden ruch uchwycony kątem oka. Niby zawsze tam byli. Ustawione przed nimi talerze wypełniał rozpoczęty posiłek: nadkrojone plasterki mięsa, rozgrzebane purée, chlapnięta już sosem roladka. Siedzącego u szczytu stołu pana Binnsa czarownica ujrzała, gdy właśnie jak gdyby nigdy nic brał łyk wina ze swojego kielicha. Był to starszy pan: korpulentny, niski — czyżby goblinie korzenie? — o zaczerwienionych policzkach i długim siwym wąsie.
— To straszne. Dzięki dobrej Matce, że nic ci się poważnego nie stało, Jago. — Damski głos należący do usadzonej po jej prawej stronie. Oto jedna z córek Binnsa pochyliła się ku Brodzki ze zmartwieniem wyrysowanym na twarzy i dotknęła jej ramienia w mającym dodawać otuchy geście. — Gdy dojrzałam cię z okna, wielce się przelękłam. Do licha z tymi zawirowaniami pogodowymi! Jak nic deszcz tu winien.
W słowach tej rudej, rezolutnej dziewczyny wybrzmiewała pewność i oburzenie. Oczy miała jak dwa koraliki z czarnego szkła, gęste pukle włosów ewidentnie kręciła na papilotach, a gdy się uśmiechała, ujawniała wydatne przednie zęby, które jednak więcej przydawały jej uroku, niż ujmowały.
— Tak niechybnie było — zawtórowała jej kolejna z dziewcząt, lecz bez emfatycznej maniery pierwszej z sióstr. Jeśli Binns miał faktycznie coś wspólnego z goblinami, to matka tej wysokiej niewiasty musiała być olbrzymką. — Niepomiernie rade jesteśmy z twojej wizyty. Odkąd narzeczony Milcenty przestał zachodzić do nas, próżno czekamy gości.
— Zostawże ten temat, Antosiu — bąknęła trzecia, wyraźnie speszona, jakby zapadając się w sobie na wspomnienie chłopaka.
— Birbant to był i hultaj! — Ostatnia z sióstr uderzyła otwartą dłonią w blat, aż zatrzęsła się kosztowna zastawa. — Dobrze tatulo zrobił, że go w cztery wiatry pogonił.
— Spokój, moje panny — skarcił je łagodnie pan Binns. — Słusznie zauważyła Gryzelda: najważniejsze, że panienka Brodzki cało wyszła z tego nieszczęsnego wypadeczku i spędza z nami wieczór. — Uśmiechnął się do Jagody i wzniósł kielich w geście toastu. — Pogoda pod psem, nie ma co. Niechże pani uczyni nam tę przyjemność i zostanie do rana. Ugościmy jak trzeba, niczego nie braknie.