02.06.2024, 11:57 ✶
Najpierw stoję z teamem Dolohov, Eden i Alexem, potem, gdy cała reszta się rozeszła idę w stronę stołów.
Tak naprawdę nie oczekiwała od tego dnia zbyt wiele. Ot, spotkanie śmietanki czarodziejskiej społeczności (z drobnymi wyjątkami), gdzie wszyscy mniej lub bardziej szczerze cieszyli się z małżeństwa dwóch szanowanych rodów. Piękny obrazek podszyty kłamstwami, zamiatanymi pod dywan skandalami, hipokryzją i sporą ilością alkoholu zapewne.
Annaleigh była na wielu takich przyjęciach, toteż wiedziała, że nie da się jednak przewidzieć głupoty niektórych osobników, toteż spodziewała się, że prędzej czy później napatoczą się problemy.
Inne, niż jej prywatne, z którymi starała się dojść do porządku od jakiegoś czasu. Przynajmniej w swojej głowie.
Najbardziej w końcu irytowało ją to, że tak naprawdę nie do końca wiedziała na czym stoi. Nie umiała znaleźć pewnego gruntu przy interakcjach z Vakelem. Łatwo było udawać przed ludzkimi spojrzeniami, że nic się nie zmieniło, gdy te jednak tylko się od nich odwracały, tak naprawdę nie wiedziała co robić. Czuła, jak stąpa po cienkim lodzie, który za chwilę może pęknąć, gdy postawi krok w złym miejscu.
A nie miała pojęcia nawet, jaką musi obrać trasę.
Alexander Mulciber nie należał do grona jej ulubionych osób. Pomijając już opinię publiczną o jego osobie, był po prostu kolejnym elementem, który szargał już i tak mało poprawną opinię jej siostry. I tak, wiedziała, że to nie jego wina, bo co nieco znała Lorettę i może była gotowa oszukiwać społeczeństwo, ale nie siebie. Nie zmieniało jednak to faktu, że ciepłe i przyjazne relacje nie wchodziły przy tym wszystkim w grę.
Dlatego może nawet zabawnie oglądało się jak biedak robi z siebie idiotę, choć gdzieś w głębi jej czaszki powoli rodził się ból głowy. Mimo to jej wargi uniosły się w delikatnym uśmiechu, gdy słuchała kolejnych wymianach przytyków.
Zawsze jakaś odmiana po kolejnych pytaniach o zdrowie, pracę i jej małżeństwo, gdzie z uśmiechem musiała udawać, że wszystko jest w porządku.
Nie wtrącała się, gdy Vakel próbował zaimplementować odrobinę rozsądku w rozmówców, bo wiedziała, że sobie poradzi.
Odprowadziła jedynie wzrokiem Lyssę i Trelawney'a, którzy widać rozsądnie postanowili się usunąć w przyjemniejsze miejsce, by zaraz wrócić do Alexa i Eden, która widać postawiła zacząć bawić się w działalność charytatywną, chcąc zabrać Mulcibera, gdzieś, Annie miała nadzieję daleko.
I pewnie nawet by się udało, gdyby nie to, że facet nie miał za grosz instynktu samozachowawczego.
Zajęło jej chwilę, by pojąć, co dokładnie miał na myśli Mulciber, łapiąc sens w słowach, które zostały ukradkiem wplecione w niby błahą rozmowę.
Poczuła jak krew odpływa jej z twarzy, ręka zaciska na kieliszku, a całe ciało się spina. Zniknął uśmieszek, pozostała lodowata wrogość.
- Co takiego powiedziałeś? - wycedziła, zastanawiając się, kto usłyszał te słowa i jak szybko dotrą one do obecnych na sali Anthonego i Cassandy, którzy zapewne też nie usłyszeli wszcześniej jakże radosnych wieści. O ile w ogóle były prawdziwe, a nie rzuconą dla zdobycia uwagi plotką.
Myślała, że Luovain przychodzący do niej ze swoim problemem będzie jej głównym zmartwieniem. On jednak miał na tyle przyzwoitości, że poinformował ją o nim osobiście i w cztery oczy. Loretta zaś widać ukrywała dość radosne wieści, by w końcu mógł o nich donieść jej, cóż, mąż od siedmiu boleści, na cholernym weselu Blacków, przy tłumie gapiów, którzy zapewne już podchwycili szokujące wyznanie. Kto w ogóle wypuścił ją z domu twierdząc, że jest dorosła i może decydować o swoim życiu?
Bo w tym momencie jasno zostało pokazane, że była niezrównoważoną gówniarą, którą należało trzymać pod zamknięciem.
Vakel mógł widzieć gromadzącą się w niej furię, którą tłamsiła w sobie zapewne tylko dla tego, że nie pozwoliłaby sobie na przemoc przy świadkach, nie tak, jak pewne zwierzęta na parkiecie. Musiała wziąć głęboki oddech, czując wściekle bijące serce. Wiedziała, że jeśli zaraz się nie uspokoi, to te może przysporzyć jej dodatkowych problemów. Przymknęła na chwilę oczy, starając się na szybko przeanalizować, co zrobić, by w zalążku zdusić pożar, który zaraz może wybuchnąć.
Musiała znaleźć Louvaina przed Alexem. Zapewne wiedział nieco więcej o sytuacji, w końcu byli cholernymi bliźniakami, kiedyś niemalże nierozłącznymi. Może chociaż on został poinformowany o jakże radosnych wieściach.
- Przeproszę cię, muszę porozmawiać na osobności z kilkoma osobami. - Uśmiechnęła się na pokaz do Vakela, jeszcze bardziej blada niż przed paroma chwilami, zanim nie odłączyła się od niego i nie poszła w stronę stołów.
Jak Dolohov będzie miał szczęście, to padnie na zawał zanim w ogóle minie wieczór. Przynajmniej i ona i on będą mieli święty spokój.
Tak naprawdę nie oczekiwała od tego dnia zbyt wiele. Ot, spotkanie śmietanki czarodziejskiej społeczności (z drobnymi wyjątkami), gdzie wszyscy mniej lub bardziej szczerze cieszyli się z małżeństwa dwóch szanowanych rodów. Piękny obrazek podszyty kłamstwami, zamiatanymi pod dywan skandalami, hipokryzją i sporą ilością alkoholu zapewne.
Annaleigh była na wielu takich przyjęciach, toteż wiedziała, że nie da się jednak przewidzieć głupoty niektórych osobników, toteż spodziewała się, że prędzej czy później napatoczą się problemy.
Inne, niż jej prywatne, z którymi starała się dojść do porządku od jakiegoś czasu. Przynajmniej w swojej głowie.
Najbardziej w końcu irytowało ją to, że tak naprawdę nie do końca wiedziała na czym stoi. Nie umiała znaleźć pewnego gruntu przy interakcjach z Vakelem. Łatwo było udawać przed ludzkimi spojrzeniami, że nic się nie zmieniło, gdy te jednak tylko się od nich odwracały, tak naprawdę nie wiedziała co robić. Czuła, jak stąpa po cienkim lodzie, który za chwilę może pęknąć, gdy postawi krok w złym miejscu.
A nie miała pojęcia nawet, jaką musi obrać trasę.
Alexander Mulciber nie należał do grona jej ulubionych osób. Pomijając już opinię publiczną o jego osobie, był po prostu kolejnym elementem, który szargał już i tak mało poprawną opinię jej siostry. I tak, wiedziała, że to nie jego wina, bo co nieco znała Lorettę i może była gotowa oszukiwać społeczeństwo, ale nie siebie. Nie zmieniało jednak to faktu, że ciepłe i przyjazne relacje nie wchodziły przy tym wszystkim w grę.
Dlatego może nawet zabawnie oglądało się jak biedak robi z siebie idiotę, choć gdzieś w głębi jej czaszki powoli rodził się ból głowy. Mimo to jej wargi uniosły się w delikatnym uśmiechu, gdy słuchała kolejnych wymianach przytyków.
Zawsze jakaś odmiana po kolejnych pytaniach o zdrowie, pracę i jej małżeństwo, gdzie z uśmiechem musiała udawać, że wszystko jest w porządku.
Nie wtrącała się, gdy Vakel próbował zaimplementować odrobinę rozsądku w rozmówców, bo wiedziała, że sobie poradzi.
Odprowadziła jedynie wzrokiem Lyssę i Trelawney'a, którzy widać rozsądnie postanowili się usunąć w przyjemniejsze miejsce, by zaraz wrócić do Alexa i Eden, która widać postawiła zacząć bawić się w działalność charytatywną, chcąc zabrać Mulcibera, gdzieś, Annie miała nadzieję daleko.
I pewnie nawet by się udało, gdyby nie to, że facet nie miał za grosz instynktu samozachowawczego.
Zajęło jej chwilę, by pojąć, co dokładnie miał na myśli Mulciber, łapiąc sens w słowach, które zostały ukradkiem wplecione w niby błahą rozmowę.
Poczuła jak krew odpływa jej z twarzy, ręka zaciska na kieliszku, a całe ciało się spina. Zniknął uśmieszek, pozostała lodowata wrogość.
- Co takiego powiedziałeś? - wycedziła, zastanawiając się, kto usłyszał te słowa i jak szybko dotrą one do obecnych na sali Anthonego i Cassandy, którzy zapewne też nie usłyszeli wszcześniej jakże radosnych wieści. O ile w ogóle były prawdziwe, a nie rzuconą dla zdobycia uwagi plotką.
Myślała, że Luovain przychodzący do niej ze swoim problemem będzie jej głównym zmartwieniem. On jednak miał na tyle przyzwoitości, że poinformował ją o nim osobiście i w cztery oczy. Loretta zaś widać ukrywała dość radosne wieści, by w końcu mógł o nich donieść jej, cóż, mąż od siedmiu boleści, na cholernym weselu Blacków, przy tłumie gapiów, którzy zapewne już podchwycili szokujące wyznanie. Kto w ogóle wypuścił ją z domu twierdząc, że jest dorosła i może decydować o swoim życiu?
Bo w tym momencie jasno zostało pokazane, że była niezrównoważoną gówniarą, którą należało trzymać pod zamknięciem.
Vakel mógł widzieć gromadzącą się w niej furię, którą tłamsiła w sobie zapewne tylko dla tego, że nie pozwoliłaby sobie na przemoc przy świadkach, nie tak, jak pewne zwierzęta na parkiecie. Musiała wziąć głęboki oddech, czując wściekle bijące serce. Wiedziała, że jeśli zaraz się nie uspokoi, to te może przysporzyć jej dodatkowych problemów. Przymknęła na chwilę oczy, starając się na szybko przeanalizować, co zrobić, by w zalążku zdusić pożar, który zaraz może wybuchnąć.
Musiała znaleźć Louvaina przed Alexem. Zapewne wiedział nieco więcej o sytuacji, w końcu byli cholernymi bliźniakami, kiedyś niemalże nierozłącznymi. Może chociaż on został poinformowany o jakże radosnych wieściach.
- Przeproszę cię, muszę porozmawiać na osobności z kilkoma osobami. - Uśmiechnęła się na pokaz do Vakela, jeszcze bardziej blada niż przed paroma chwilami, zanim nie odłączyła się od niego i nie poszła w stronę stołów.
Jak Dolohov będzie miał szczęście, to padnie na zawał zanim w ogóle minie wieczór. Przynajmniej i ona i on będą mieli święty spokój.