02.06.2024, 18:49 ✶
Podchodzę do stołu z deserami i sięgam po najsłodszy z nich, a potem wracam na parkiet
Tańczyć tak, jakby nikt cię nie widział, kochaj, jakbyś nigdy nie został zraniony, śpiewaj tak, jakby nikt cię nie słuchał i żyj tak, jakby to było niebo na ziemi. Z tych trzech zasad, Anthony stosował się tylko do ostatniej, a i tak jego niebo było pociągnięte melancholijnym lazurem. Choć tutaj, na przyjęciu, biegle prześlizgiwał się wydeptanymi ścieżkami obycia, znając pragnienia arystokratycznej tłuszczy, ich głód sensacji, która co rusz dawała ujść w tłumionych przypływach.
To przyjęcie było trudniejsze, rozbudzonym marzeniem, które zaciskało gardło, lśnieniem oczu odległych i bliskich. Dreszcz co rusz przemierzał kręgosłup i sam już nie wiedział, czy to myśl o kolejnym spotkaniu, do którego nie musiał odliczać miesięcy a dni, godziny nawet! A może to strach, że jego zatroskani przyjaciele odkryją go, znali się trzydzieści długich lat i wiedział, był pewny, że jedno spojrzenie Morpheusa i cała farsa budowana z taką pieczołowitością trzaśnie z hukiem. Szczęśliwie obaj pozostawali w układzie podobnej maskarady, choć posiadającej inne podwaliny. Wygodniej im było działać, tkać ministerialne intrygi, gdy z trudem można było wyśledzić ich wzajemną zażyłość. Teraz jednak ów nić wpijała się w skórę, Anthony czuł, że długo nie utrzyma fasady obojętności, zwłaszcza teraz, zwłaszcza gdy wykradał okruchy Erikowego czasu i układał je z taką pieczołowitością w swoim równie zapchanym obowiązkami kalendarzu.
A więc taniec, najlepsza ucieczka, pod patronażem chyżonogiego Merkurego, patrona kupców i złodziei, najlepszego w swej niepozorności. Dostrzegł ją bardzo szybko, otoczoną wianuszkiem innych, z parą lśniących błękitów okraszonych ramą perfekcyjnej twarzy w aureoli srebrzystych włosów. Nawet jej skóra w upośledzonej percepcji dyplomaty zdawała się nie być szara, a lśniącoblada, zachwycająca jak zawsze, jak od pierwszych chwil, gdy zobaczył ją przed laty na recitalu, którego okazję dawno zatarł w pamięci, w przeciwieństwie do tonów i cierpienia, które z taką precyzją wyciągnęła pieszcząc i karząc biel kości słoniowej i czerń hebanu fortepianowych klawiszy.
Kilka kroków starczyło, by ujął jej dłoń i ukłonił się starym zwyczajem.
– Państwo wybaczą, orkiestra nie będzie na nas czekać, Lorraine? – w ostatnim słowie, w imieniu miękko ułożonym na języku zadał pytanie o zgodę, bo przecież nigdy nie chciał okazywać jej braku szacunku, a gdy tylko skinęła głową, porwał ją na parkiet, dobierając biel jej orchidei do bukietu swych partnerek w tańcu, które dziś miały możliwość uprzyjemnić mu to przykre doświadczenie uczestniczenia w czyimkolwiek ślubie. Kroki przyszły same, ręce płynnie ze swobodnych przeszły w splot mający zagwarantować ich dobrą w tańcu komunikację. Anthony absolutnie nie martwił się o to, że jego partnerka nie wyłuszczy z gestów jego intencji i tanecznych arabesek, które zamierzał implikować w liczbie dosyć sporej. Nie martwił się, ponieważ nie robili tego po raz pierwszy.
– Jak się bawisz? – zapytał miękko po dwóch obrotach, wracając do podstawowej figury by prócz ruchu uraczyć się również rozmową. – Myślałaś o mnie gdy piłaś wino do obiadu? – dodał, do kobiety, która byłaby pewnie jego drugą żoną, gdyby nie fakt, że bardzo, bardzo chciał aby w życiu zaznała szczęścia i miłości. – Sądzisz, że moglibyśmy doradzić przy trzecim ślubie Perseusa nieco lepszą orkiestrę? Są tak zblazowani, jakby to był ich pięćdziesiąty walc, a nie drugi dopiero... – mruknął pozwalając sobie przechylić ją przez ramię, z przyjemnością patrząc na łuk, który tworzyło jej wciąż młode ciało.