Schodzę z parkietu z Florence, ostentacyjnie ignoruję Peregrinusa i Millie, komplementuję Leviego i Septimę, witam się z panią Dolohov i podchodzę do Gwiazdy Socjometrycznej.
Podczas gdy ciało wykonywało znane ruchy tańca, myślał o tym, jakże łatwiej byłoby podejść do rodziny Dolohov z Florence Longbottom u boku, uśmiechnąć się do zdjęcia, ślicznego portreciku na rubrykę towarzyską Czarownicy, zasugerować wielką przyjaźń, aby zdekoncentrować polityczne ugrupowania, tworzące się między rodzinami, jakże bowiem wstrząsnęłaby socjetą myśl o Lyssie Mulciber i Eriku Longbottomie jako kojarzonej parze. Nie musiał przecież mówić tego wprost, wystarczyła sugestia dla prasy, aby wprawić zębatki przeklętej machiny knowań w ruch. A przecież i on był widywany w towarzystwie Aleksandra Mulcibera.
— Również nie życzę im źle. Wyglądają na szczęśliwą parę, szczęśliwszą niż spore gro państwa młodych, na których ślubie byłem. Przysięgi brzmiały szczerze. Spekulacje brzmią zabawnie, ale sam bym nie chciał ich usłyszeć na swoim ślubie. Trochę im współczuję — odpowiedział magimedyczce, obracając ją po raz ostatni, niż łagodne diminuendo końca utworu zapowiadało kolejny. Skłonił się kobiecie i ucałował powietrze nad jej dłonią i odprowadził ją ku stolikom, mijając bez zaszczycenia spojrzeniem Peregrinusa i tajemniczej nieznajomej, udając, że nie odnotował podobieństwa mężczyzny do siebie samego.
Skinął głową Septimie i jej partnerowi, gdy kierowali się na parkiet, zatrzymując się tylko przelotnie:
— Wyglądacie państwo jak władcy Hadesu — uśmiechnął się do obojga z iskierkami w oczach i kontynuwal swoją drogę do stolika pod ramię z krwistą Florence. Tak blisko było widać, że materiał jego szala był tym samym, z którego zrobiono jej suknię. Przypadek, może zrządzenie losu, a może plotki o zaślubinach posagowej Florence Bulstrode były prawdą, a dobór tekstyliów z góry zaplanowany?
Nachylił się do niej, gdy zasiedli na miejscu, aby odetchnąć i napić się wybornego wina, aby szepnąć jej na ucho, spoglądając w stronę wejścia do sali:
— Wybaczysz mi, że zostawię cię tutaj? Chciałbym przywitać się ze znajomym. —Morpheus Longbottom nie należał do odważnych osób. Porywczy, owszem, lecz nie odważny. Wstał jednak ze swojego miejsca.
Nikt mu nie powiedział, że Vakel tu będzie. Powinien to przewidzieć. Powinien uprzedzić sam siebie, zamiast spoglądać na wskroś sali, ponad umagicznione drinki, ponad stoły. Oczywiście, że wszyscy patrzyli na Dolohova, który wyglądał jak spełnienie wszystkich marzeń. Oczywiście, że ludzie kochali to, jak gestykuluje i to, jak mówi.
[a]Może starzenie się sprawiało, że stawał się niecierpliwy.
Zatrzymał na chwilę Anneleigh, aby powitać i ją, gdy ich ścieżki zetknęły się na chwilę ze sobą. Zawsze podziwiał takie posągowe piękności jak ona czy Florence. Sądził, że chodziło o ten charakterystyczny sposób w jaki poruszały się wyspecjalizowane magimedyczki, pewność siebie i władza nad życiem i śmiercią, leżące w ich dłoniach.
— Dobry wieczór, pani Dolohov. Wygląda pani wyjątkowo olśniewająco tego wieczoru. Mam nadzieję, że znajdzie pani dla mnie miejsce w swoim bileciku — odniósł się do dawnej tradycji wpisywania się damom na konkretne tańce do uroczych kajecików, zawiązywanych wstążką na nadgarstku, zapowiadając, że chciałby z nią zatańczyć, lecz nie zamierzał psuć jej planów na ten moment swoją impertynencją; zrobi to później, o ile Vakel go nie anihiluje.
Kolejne skłonienie się, obrót na obcasie lakierka. Czuł, jak serce dudni mu w piersi, podchodzi do gardła. Gdy byli młodzi, wszystko było jak film, jak piosenka. Ta ze smutnym zakończeniem. Miał wrażenie, że słyszy walc z Romeo i Julii na parkiecie, ale nie zamierzał wsłuchiwać się i pytać Antoniusza czy miał rację. Na szczęście Antoniusz podbijał parkiet, a Charlotte i Jonathan znaleźli szczęście w drinkach. Nie było nikogo, kto mógłby go powstrzymać. Było już na to za późno.
— Mistrzu Dolohov — pierwsze dwa słowa, które wypowiedział do niego bezpośrednio po dwudziestu latach, siadając przy tym samym stoliku, co reszta astronomów, niemal naruszając przestrzeń osobistą celebryty. Chciał, aby wyraźne wybrzmiało to w głowie Vakela, aby te dwa słowa, tak miękko wypowiedziane, gnębiły go sugestią, zaszytą w spółgłoskach oraz w intencjach w głowie Morpheusa. Spoglądając na Vakela, musiał nieco zadzierać głowę w górę. W swojej głowie, w swoich intencjach, sięgał po dłoń Vasiyenki i składał na jego knykciach jeden pocałunek, pojedynczy, jakże niestosowny. Pocałunek, który nigdy się nie wydarzył.
— Koniunkcja twojego Saturna z dzisiejszym Uranem na 92°. Pomyślne połączenie, łączące twórczość i oryginalność ze zdrowym rozsądkiem i rozwagą. Mogą razem dokonać wielkich rzeczy. Długie tranzyty, spodziewam się kolejnego doskonałego artykułu w pana wykonaniu.