Karciana sztuczka nie zrobiła na Dolohovie większego wrażenia - niech jełop poczeka, aż wyciągnie sobie talię tarota z gardła, w tym celu wkładając do niego całą rękę. Wyczekiwał Alexandra, jak zawsze stojąc w bezruchu - wyprostowany, dumny, kryjąc lekkie zaciekawienie pod płaszczem zobojętnienia.
Nie ulegało jego wątpliwości, że Alexander Mulciber był skomplikowanym człowiekiem. Musiał też być przegniły do szpiku kości - Dolohov nie musiał być aurowidzem, żeby to zobaczyć - wystarczyło kilka razy porozmawiać szczerze z Lorettą Lestrange, aby wiedzieć, jak bardzo cuchnącym z wewnątrz człowiekiem musiał być ten ćpun, aby przyciągnąć do siebie kogoś o tak zepsutej duszy. Każda osoba go wspierająca, czy to żenującym uśmiechem, czy taką szopką, jaką odstawiła tutaj Eden, mogła zostać dopisana do listy potencjalnych Śmierciożerców i najgorszych degeneratów. Ah, teraz widząc ją obok, przypomniało mu się, czyją córką była i wszystko powoli nabierało sensu. To była wcześniej Eden Malfoy, dziecię Fortnibrasa, którego też nie lubił. Ale czy on lubił kogokolwiek oprócz siebie? Może polubiłby ją bardziej, gdyby mógł odegrać tutaj scenę, jaką widział teraz w myślach, a czuł potrzebę złapania jej za kudły i przejechania jej paskudną, ciętą skalpelem mordą po stoliku z deserami, tak żeby przypomniała sobie, za kogo wyszła za mąż, a od kogo powinna trzymać się z daleka.
Ale jego intencje?
On chciał sobie stąd po prostu iść. Pomyślał więc: ciekawie to brzmi, zupełnie jakbyś znaczył dla niej więcej niż jakieś pokurwiałe szczenię, po czym rozpoczął spacer ścieżką, która miała zaprowadzić go do ulotnienia się z przyjęcia.
- Nic osobistego... - powtórzył po nim, tym razem wyraźnie zniechęcony. - Zacznij czytać moje artykuły od początku do końca, jeżeli zamierzasz mnie obrażać. Kiedy kończysz lekturę na nagłówku i pierwszym akapicie, wychodzisz na skończonego półgłówka. - Bo faktycznie Dolohov i Trelawney spędzili wiele godzin nad tym, aby spojrzeć na tę sprawę z perspektywy aurowidzów i niciowidzów - zwyczajnie nie wybrali do tych badań jakiegoś ćpającego heroinę przychlasta z rodziny Mulciber, skoro mieli pod ręką Aurora z Ministerstwa Magii. Może dlatego ten przykurcz nie miał o tym pojęcia? I zawsze, ale to zawsze bawiło go drwienie z pisania artykułów do Czarownicy, bo to świadczyło o ludziach jedno - wiedzieli o jego horoskopach dla Czarownicy, ponieważ to ją czytali, nie wiedzieli o artykułach i felietonach do Astrolabium i Horyzontów Zaklęć, wszak to już była lektura wymagająca jakiegokolwiek zaangażowania szarych komórek. Jak to szło, Mulciber? Napij się wina i zgoń to na księżyc? - Nie mieszaj mojej rodziny w to co zamierzasz odwalić na tym weselu. - Pokręcił głową i zintonował to tak, jakby to faktycznie była groźba. Dodałby: i zejdź mi z oczu, ale czuł już w kościach, że mu z oczu wcale nie zejdzie, bo musiałby być skończonym idiotą, aby nie sądzić, że Mulciber nie zasłuży sobie na to, żeby połowa tu zebranych wymieniła po wieczorze preferowany zawód na nakładacza klątw. Nie zamierzał jednak bawić się w niańkę.
Skinął głową do Peregrina, nie okazując przy tym żadnych głębszych emocji.
- Oczywiście, skarbie - odpowiedział Annaleigh, po czym pocałował ją w policzek i rozeszli się w swoje strony. Kurwa mać, ale on jej nienawidził.
Później, kiedy siedział przy stoliku razem z innymi astronomami z rodziny Black (a na szczęście było ich tu sporo) posyłał jej pełne ciepła uśmiechy, jakby weryfikował, czy wszystko jest w porządku. Jeżeli nikt już nic od niego nie chciał, tak też spędził resztę wieczoru, a później zabrał „ukochaną” żonę do domu. No bo przecież wszystko pomiędzy nimi było w jak najlepszym porządku, a on wcale nie zabijał buzującej w nim odrazy dysputami o podróżach międzyplanetarnych.
Nie ulegało jego wątpliwości, że Alexander Mulciber był skomplikowanym człowiekiem. Musiał też być przegniły do szpiku kości - Dolohov nie musiał być aurowidzem, żeby to zobaczyć - wystarczyło kilka razy porozmawiać szczerze z Lorettą Lestrange, aby wiedzieć, jak bardzo cuchnącym z wewnątrz człowiekiem musiał być ten ćpun, aby przyciągnąć do siebie kogoś o tak zepsutej duszy. Każda osoba go wspierająca, czy to żenującym uśmiechem, czy taką szopką, jaką odstawiła tutaj Eden, mogła zostać dopisana do listy potencjalnych Śmierciożerców i najgorszych degeneratów. Ah, teraz widząc ją obok, przypomniało mu się, czyją córką była i wszystko powoli nabierało sensu. To była wcześniej Eden Malfoy, dziecię Fortnibrasa, którego też nie lubił. Ale czy on lubił kogokolwiek oprócz siebie? Może polubiłby ją bardziej, gdyby mógł odegrać tutaj scenę, jaką widział teraz w myślach, a czuł potrzebę złapania jej za kudły i przejechania jej paskudną, ciętą skalpelem mordą po stoliku z deserami, tak żeby przypomniała sobie, za kogo wyszła za mąż, a od kogo powinna trzymać się z daleka.
Ale jego intencje?
On chciał sobie stąd po prostu iść. Pomyślał więc: ciekawie to brzmi, zupełnie jakbyś znaczył dla niej więcej niż jakieś pokurwiałe szczenię, po czym rozpoczął spacer ścieżką, która miała zaprowadzić go do ulotnienia się z przyjęcia.
- Nic osobistego... - powtórzył po nim, tym razem wyraźnie zniechęcony. - Zacznij czytać moje artykuły od początku do końca, jeżeli zamierzasz mnie obrażać. Kiedy kończysz lekturę na nagłówku i pierwszym akapicie, wychodzisz na skończonego półgłówka. - Bo faktycznie Dolohov i Trelawney spędzili wiele godzin nad tym, aby spojrzeć na tę sprawę z perspektywy aurowidzów i niciowidzów - zwyczajnie nie wybrali do tych badań jakiegoś ćpającego heroinę przychlasta z rodziny Mulciber, skoro mieli pod ręką Aurora z Ministerstwa Magii. Może dlatego ten przykurcz nie miał o tym pojęcia? I zawsze, ale to zawsze bawiło go drwienie z pisania artykułów do Czarownicy, bo to świadczyło o ludziach jedno - wiedzieli o jego horoskopach dla Czarownicy, ponieważ to ją czytali, nie wiedzieli o artykułach i felietonach do Astrolabium i Horyzontów Zaklęć, wszak to już była lektura wymagająca jakiegokolwiek zaangażowania szarych komórek. Jak to szło, Mulciber? Napij się wina i zgoń to na księżyc? - Nie mieszaj mojej rodziny w to co zamierzasz odwalić na tym weselu. - Pokręcił głową i zintonował to tak, jakby to faktycznie była groźba. Dodałby: i zejdź mi z oczu, ale czuł już w kościach, że mu z oczu wcale nie zejdzie, bo musiałby być skończonym idiotą, aby nie sądzić, że Mulciber nie zasłuży sobie na to, żeby połowa tu zebranych wymieniła po wieczorze preferowany zawód na nakładacza klątw. Nie zamierzał jednak bawić się w niańkę.
Skinął głową do Peregrina, nie okazując przy tym żadnych głębszych emocji.
- Oczywiście, skarbie - odpowiedział Annaleigh, po czym pocałował ją w policzek i rozeszli się w swoje strony. Kurwa mać, ale on jej nienawidził.
Później, kiedy siedział przy stoliku razem z innymi astronomami z rodziny Black (a na szczęście było ich tu sporo) posyłał jej pełne ciepła uśmiechy, jakby weryfikował, czy wszystko jest w porządku. Jeżeli nikt już nic od niego nie chciał, tak też spędził resztę wieczoru, a później zabrał „ukochaną” żonę do domu. No bo przecież wszystko pomiędzy nimi było w jak najlepszym porządku, a on wcale nie zabijał buzującej w nim odrazy dysputami o podróżach międzyplanetarnych.
with all due respect, which is none