03.06.2024, 08:58 ✶
Strefa gastronomiczna -> południowe stragany, Magiczne różności
Brenna zdążyła zjeść odrobinę waty cukrowej, ale już nie zauważyć, że ta pokolorowała jej włosy na fioletowo, bo zaczęło się zamieszanie: gdzieś z oddali dobiegły jakieś pokrzykiwania, coś działo się na scenie, a potem ludzie zaczęli przemieszczać się dość gwałtownie, próbując odejść do południowych straganów.
Oczywiście, Brenna, choć nie miała na sobie munduru, natychmiast zaczęła przebijać się w przeciwną stronę, a gdzieś w jej żołądku coś skręciło się boleśnie – bo czy Voldemort jednak postanowił nagle napaść Lammas? Po co? Nie był przecież idiotą, na ich nieszczęście, atak na Beltane miał bardzo jasny cel, a chociaż tutaj mógłby zasiać ogromny terror, to druga sytuacja, w której zadeptano by z pewnością i przedstawicieli czystej krwi, nie przysporzyłaby mu pewnie popularności. Nie mogła jednak tego wykluczyć, chociaż nie słyszała na razie niczego o żadnych śmierciożercach (podziękowania dla matki, która zasłoniła usta dziecku).
Brnięcie wbrew prądowi tłumu nie było jednak łatwe, Brenna popchnięta wpadła na jakiś stół i gdy wreszcie znalazła się w pobliżu straganów, nie usłyszała już żadnych krzyków, nie było też ludzi uciekających w panice i tratujących się nawzajem.
Może to była zwykła bójka i to najwyraźniej już ogarnięta?
Brenna przystanęła, na razie nie próbując przebijać się pomiędzy gapiami, a serce, dotąd bijące szaleńczo, powoli uspokajało swój bieg. Żadnych wrzasków, żadnego ognia, żadnych już błysków zaklęć. To nie było drugie Beltane. Nie doszło do ataku, gdy ona stała przy cholernej wacie cukrowej. (Teraz była o to na siebie zła, chociaż na logikę, nawet gdyby śmierciożercy zaatakowali, mogliby przecież pojawić się właśnie w strefie gastronomicznej.)
I dopiero po kilku sekundach Brenna uświadomiła sobie, że zatrzymała się przy stoisku Olivii Quirke.
– Cześć, Livy – przywitała się, zwracając na nią spojrzenie, a potem skinęła głową uprzejmie na powitanie i jej towarzyszowi. – Nie wiesz, co tutaj się wyprawiało?
Brenna zdążyła zjeść odrobinę waty cukrowej, ale już nie zauważyć, że ta pokolorowała jej włosy na fioletowo, bo zaczęło się zamieszanie: gdzieś z oddali dobiegły jakieś pokrzykiwania, coś działo się na scenie, a potem ludzie zaczęli przemieszczać się dość gwałtownie, próbując odejść do południowych straganów.
Oczywiście, Brenna, choć nie miała na sobie munduru, natychmiast zaczęła przebijać się w przeciwną stronę, a gdzieś w jej żołądku coś skręciło się boleśnie – bo czy Voldemort jednak postanowił nagle napaść Lammas? Po co? Nie był przecież idiotą, na ich nieszczęście, atak na Beltane miał bardzo jasny cel, a chociaż tutaj mógłby zasiać ogromny terror, to druga sytuacja, w której zadeptano by z pewnością i przedstawicieli czystej krwi, nie przysporzyłaby mu pewnie popularności. Nie mogła jednak tego wykluczyć, chociaż nie słyszała na razie niczego o żadnych śmierciożercach (podziękowania dla matki, która zasłoniła usta dziecku).
Brnięcie wbrew prądowi tłumu nie było jednak łatwe, Brenna popchnięta wpadła na jakiś stół i gdy wreszcie znalazła się w pobliżu straganów, nie usłyszała już żadnych krzyków, nie było też ludzi uciekających w panice i tratujących się nawzajem.
Może to była zwykła bójka i to najwyraźniej już ogarnięta?
Brenna przystanęła, na razie nie próbując przebijać się pomiędzy gapiami, a serce, dotąd bijące szaleńczo, powoli uspokajało swój bieg. Żadnych wrzasków, żadnego ognia, żadnych już błysków zaklęć. To nie było drugie Beltane. Nie doszło do ataku, gdy ona stała przy cholernej wacie cukrowej. (Teraz była o to na siebie zła, chociaż na logikę, nawet gdyby śmierciożercy zaatakowali, mogliby przecież pojawić się właśnie w strefie gastronomicznej.)
I dopiero po kilku sekundach Brenna uświadomiła sobie, że zatrzymała się przy stoisku Olivii Quirke.
– Cześć, Livy – przywitała się, zwracając na nią spojrzenie, a potem skinęła głową uprzejmie na powitanie i jej towarzyszowi. – Nie wiesz, co tutaj się wyprawiało?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.