03.06.2024, 14:00 ✶
Tylko że kiedy Cain po niego wrócił, Flynna już tam wcale nie było. Miejsce, w którym tak uporczywie wciskał swoje plecy w drewniany filar, było teraz okupowane przez jedną z dziewczyn, z którymi bawił się wcześniej. Paliła papierosa, innego niż te, które palił on. Nie ocierała już nawet łez spływających po policzkach, po prostu wpatrywała się tępo w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą bawili się państwo młodzi. Cain nie widział go też kiedy wszedł głębiej w tłum smutnych już teraz ludzi. Nie było go też przy barze. Dojrzał go dopiero przy linii drzew, musiał wychylić się spomiędzy pni przed chwilą, a i tak był ledwo dostrzegalny nawet z rozżarzoną fajką, bo zrobiło się już ciemno, a tam nie było żadnych świateł. W jego oczach też nie było.
Kiedy Bletchley się do niego zbliżał, poczuł napięcie w podbrzuszu, jakby jego ciało przygotowywało się na najgorsze. Gadanina o tym, co tym razem zrobił źle, że powinien się ogarnąć, że wszyscy chcą dla niego tak dobrze, a on znowu zachowuje się jak imbecyl i sprawia im przykrość. Najgorsze z najgorszych - żałowanie, że tu byli. I dopiero gdzieś tak w połowie jego drogi zadał sobie pytanie: dlaczego? Nie potrafił odszukać w głowie żadnego zdarzenia, w którym chłopak by na niego krzyczał. To nie jego słowa brzmiały w głowie Flynna tak, jak brzmiały słowa ojca w głowie ruganego przez niego dziecka. To też nie on sprawił, że po popełnionym błędzie z przyzwyczajenia unosił ręce do góry, jakby chciał zasłonić się przed kolejnym ciosem w twarz. Te wnioski przynosiły ulgę - rozluźnił się, kiedy docierało do niego, jak wiele jego unikania wynikało z odruchów zakorzenionych w jego łbie, a nie faktycznych obaw, jakie powinien posiadać względem drugiej osoby. Z drugiej strony... zrobiło mu się przykro, bo komu by się nie zrobiło przykro, kiedy sobie uświadamiał, co zakodował sobie pod czaszką i co teraz sterowało jego losem. Strach i wieczne poczucie tego, że czegokolwiek chwytał się pod wpływem emocji, skończy się dla niego bardzo źle. Oh, życie naprawdę spisało go na straty, z każdym kolejnym krokiem stawianym w jego kierunku zastanawiał się coraz mocniej, czy dało się czuć szczęście bez obawiania się o to kiedy ono pryśnie. Wróciły do niego słowa z porannego wylegiwania się nad jeziorem, ale to i tak nie był ich czas - przyćmiły je inne myśli.
Wciągnięty znów pomiędzy te drzewa, na niewidoczną już teraz ścieżkę, Flynn zatrzymał się tylko po to, żeby objąć go rękoma i pocałować.
- Przepraszam, że zostawiłem cię tam samego - bo to wydawało mu się teraz najważniejsze, tak? Wcale nie to, że widząc jak Cain próbuje nieudolnie przywalić tamtemu kolesiowi, on miał przed oczyma jego i Alexandra. Bardzo chciał to jakoś zagrzebać, odgonić od siebie, to poczucie winy i akceptację myśli, jak mocno szurnięty był, doprowadzając do tego stanu rzeczy i ciesząc się z niego. Co by zrobił, gdyby oni się spotkali? Co zrobiliby oni? Pierwszy raz w życiu wolałby, żeby w niego zwątpili, żeby go zostawili samego i rozeszli się w swoje strony, ale na pewno nie... Kurwa mać. Ścisnął jego rękę i nagle przypomniał sobie o tym, że być może nie powinien - nie mógł tego sprawdzić tutaj, więc obkręcił się i wśród szeleszczących od zrywającego się wiatru liści dało się usłyszeć cichy, niemal niezauważalny dźwięk teleportacji.
Na ganku domku Danielle wciąż paliła się nocna lampka, przyciągająca teraz do siebie armię komarów. Flynn w ogóle na nie nie patrzył, zagapił się na tę dłoń, później na szare oczy, następnie zmieszany postanowił się do czegoś przyznać. Do czegoś, czego nikt z zebranych nie zauważył, bo gdyby ktokolwiek miał prawo to zauważyć, on nie miałby prawa nazywać się złodziejem, a przecież Bellowie nauczyli go okradać kieszenie szybciej niż nauczyli go pisać i czytać. Wyciągnął z kieszeni spodni kartkę z zapisanym odręcznie listem. Pożegnaniem samobójcy.
- Przyszedł tam zabić się na ich oczach - wydusił z siebie - najwyraźniej zmienił zdanie w ostatniej chwili. - Zdawał sobie sprawę z tego, jak komicznym był człowiekiem, skoro w tak dramatycznej chwili był w stanie kogoś okraść, ale gdyby tego nie zrobił, to ktoś powinien upewnić się, że nie podszywał się pod niego czarodziej po eliksirze wielosokowym. Papier tak wyraziście wystawał z jego kieszeni, jakby prosił się o to, żeby na pewno został odnaleziony. - Wahałem się, czy jej to oddać, czy to ma szansę przynieść jej jakiś spokój, ale - brzeg kartki momentalnie zajął się ogniem, chociaż ta wiadomość nie należała do niego. Jeżeli czegokolwiek nauczyło go życie to tego, że nienawidził kurwa listów próbujących zamknąć jakiś rozdział. Tego listu nienawidził jeszcze bardziej, bo wyraźnie sugerował, jakby ta kobieta miała trwać wieczność jako ktoś ukarany.
Jeżeli będzie chciała wiedzieć, to sama go zapyta.
- Wiem, że nie powinienem tego czytać. - A już w szczególności tego zabierać.
Zadarł głowę do góry, odrobinę skołowany świadomością, że żaden z tych owadów na nim nie usiadł. Powód był prosty - znosil je nasilający się coraz mocniej wiatr. Za chwilę krew z tamtego podestu zmyje deszcz.
Kiedy Bletchley się do niego zbliżał, poczuł napięcie w podbrzuszu, jakby jego ciało przygotowywało się na najgorsze. Gadanina o tym, co tym razem zrobił źle, że powinien się ogarnąć, że wszyscy chcą dla niego tak dobrze, a on znowu zachowuje się jak imbecyl i sprawia im przykrość. Najgorsze z najgorszych - żałowanie, że tu byli. I dopiero gdzieś tak w połowie jego drogi zadał sobie pytanie: dlaczego? Nie potrafił odszukać w głowie żadnego zdarzenia, w którym chłopak by na niego krzyczał. To nie jego słowa brzmiały w głowie Flynna tak, jak brzmiały słowa ojca w głowie ruganego przez niego dziecka. To też nie on sprawił, że po popełnionym błędzie z przyzwyczajenia unosił ręce do góry, jakby chciał zasłonić się przed kolejnym ciosem w twarz. Te wnioski przynosiły ulgę - rozluźnił się, kiedy docierało do niego, jak wiele jego unikania wynikało z odruchów zakorzenionych w jego łbie, a nie faktycznych obaw, jakie powinien posiadać względem drugiej osoby. Z drugiej strony... zrobiło mu się przykro, bo komu by się nie zrobiło przykro, kiedy sobie uświadamiał, co zakodował sobie pod czaszką i co teraz sterowało jego losem. Strach i wieczne poczucie tego, że czegokolwiek chwytał się pod wpływem emocji, skończy się dla niego bardzo źle. Oh, życie naprawdę spisało go na straty, z każdym kolejnym krokiem stawianym w jego kierunku zastanawiał się coraz mocniej, czy dało się czuć szczęście bez obawiania się o to kiedy ono pryśnie. Wróciły do niego słowa z porannego wylegiwania się nad jeziorem, ale to i tak nie był ich czas - przyćmiły je inne myśli.
Wciągnięty znów pomiędzy te drzewa, na niewidoczną już teraz ścieżkę, Flynn zatrzymał się tylko po to, żeby objąć go rękoma i pocałować.
- Przepraszam, że zostawiłem cię tam samego - bo to wydawało mu się teraz najważniejsze, tak? Wcale nie to, że widząc jak Cain próbuje nieudolnie przywalić tamtemu kolesiowi, on miał przed oczyma jego i Alexandra. Bardzo chciał to jakoś zagrzebać, odgonić od siebie, to poczucie winy i akceptację myśli, jak mocno szurnięty był, doprowadzając do tego stanu rzeczy i ciesząc się z niego. Co by zrobił, gdyby oni się spotkali? Co zrobiliby oni? Pierwszy raz w życiu wolałby, żeby w niego zwątpili, żeby go zostawili samego i rozeszli się w swoje strony, ale na pewno nie... Kurwa mać. Ścisnął jego rękę i nagle przypomniał sobie o tym, że być może nie powinien - nie mógł tego sprawdzić tutaj, więc obkręcił się i wśród szeleszczących od zrywającego się wiatru liści dało się usłyszeć cichy, niemal niezauważalny dźwięk teleportacji.
Na ganku domku Danielle wciąż paliła się nocna lampka, przyciągająca teraz do siebie armię komarów. Flynn w ogóle na nie nie patrzył, zagapił się na tę dłoń, później na szare oczy, następnie zmieszany postanowił się do czegoś przyznać. Do czegoś, czego nikt z zebranych nie zauważył, bo gdyby ktokolwiek miał prawo to zauważyć, on nie miałby prawa nazywać się złodziejem, a przecież Bellowie nauczyli go okradać kieszenie szybciej niż nauczyli go pisać i czytać. Wyciągnął z kieszeni spodni kartkę z zapisanym odręcznie listem. Pożegnaniem samobójcy.
- Przyszedł tam zabić się na ich oczach - wydusił z siebie - najwyraźniej zmienił zdanie w ostatniej chwili. - Zdawał sobie sprawę z tego, jak komicznym był człowiekiem, skoro w tak dramatycznej chwili był w stanie kogoś okraść, ale gdyby tego nie zrobił, to ktoś powinien upewnić się, że nie podszywał się pod niego czarodziej po eliksirze wielosokowym. Papier tak wyraziście wystawał z jego kieszeni, jakby prosił się o to, żeby na pewno został odnaleziony. - Wahałem się, czy jej to oddać, czy to ma szansę przynieść jej jakiś spokój, ale - brzeg kartki momentalnie zajął się ogniem, chociaż ta wiadomość nie należała do niego. Jeżeli czegokolwiek nauczyło go życie to tego, że nienawidził kurwa listów próbujących zamknąć jakiś rozdział. Tego listu nienawidził jeszcze bardziej, bo wyraźnie sugerował, jakby ta kobieta miała trwać wieczność jako ktoś ukarany.
Jeżeli będzie chciała wiedzieć, to sama go zapyta.
- Wiem, że nie powinienem tego czytać. - A już w szczególności tego zabierać.
Zadarł głowę do góry, odrobinę skołowany świadomością, że żaden z tych owadów na nim nie usiadł. Powód był prosty - znosil je nasilający się coraz mocniej wiatr. Za chwilę krew z tamtego podestu zmyje deszcz.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.