03.06.2024, 11:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.06.2024, 11:42 przez Anthony Shafiq.)
Obserwował jak opryszki odbiegają od ofiary nad którą się pastwiły, ale na tego "frajera", zareagował nieco impulsywnie i smagnął jeszcze różdżką w powietrzu, kreując złocisty bicz, który miał przyspieszyć ewakuację elementu społeczeństwa w dalsze rejony Londynu.
Nie wyszło mu to może najzgrabniej, ale przynajmniej tu miał pewność widząc migotliwą aurę, że zadziało to zgodnie z jego wolą. Wyprostował się i schował różdżkę, wygładzając połę szaty tak, jakby nadmiar ruchu miał zaburzyć jej dobre, równomierne po ciele rozłożenie. Dopiero wtedy wzrok stalowych oczy zogniskował się na umęczonym chłopaku w który, mimo wszechpanującego brudu rozpoznał
– Laurent? – tym razem jego imię wypowiedziane było bez cienia pomyłki, choć widzieli się przed dwoma tygodniami ledwie na krótką wymianę wątpliwych uprzejmości. Anthony podszedł do niego o kilka kroków, skutecznie polem rozproszenia odsuwając bród od poł własnej szaty. Znów różdżka była do tego potrzeba, bogowie jedni wiedzieli jak bardzo marzył o tym, by w końcu wszystkie swe zachcianki spełniać pstryknięciem palców, splotem magii złapanym gołymi rękoma.
– Jak się czujesz? Jesteś ranny? – Stanął metr od niego, uważnie przypatrując się pochudłej, bladej twarzy. Nie wyciągał do niego ręki, nie proponował ramienia, zdawało się, że mężczyzna stoi o własnych siłach, a też był w takim stanie, że z łatwością mógł go ubrudzić. Niestety Anthony choć miał świadomość, że magią da się wywabić wiele plam, wielokrotnie łapał się na tym, że ubrudzenie oznaczało wymianę garderoby. Wszak wiedział, że ta plama tam była i niejednokrotnie nawet gdy znikała, zdawało mu się że czuje jej nieprzyjemną woń, że ton i barwnik zostały już bezpowrotnie naruszone. Jak przystało jednak na biblijnego samarytanina, od którego nikt nie spodziewałby się takiego gestu, dodał: – Niedaleko mam mieszkanie, może chciałbyś na moment przyjść i się odświeżyć. Nie wyglądasz najlepiej, nie ryzykowałbym na Twoim miejscu w tym stanie teleportacji. – propozycja zawisła w powietrzu, otoczona nimbem dość sporej swobody odpowiedzi. Ton Anthony'ego nie był ani nakazujący, ani błagający. Ot, wyciągnięte w kierunku zranionej łani jabłko.
Kształtowanie II na bicze smagające po kostkach
Rzut N 1d100 - 28
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 42
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Nie wyszło mu to może najzgrabniej, ale przynajmniej tu miał pewność widząc migotliwą aurę, że zadziało to zgodnie z jego wolą. Wyprostował się i schował różdżkę, wygładzając połę szaty tak, jakby nadmiar ruchu miał zaburzyć jej dobre, równomierne po ciele rozłożenie. Dopiero wtedy wzrok stalowych oczy zogniskował się na umęczonym chłopaku w który, mimo wszechpanującego brudu rozpoznał
– Laurent? – tym razem jego imię wypowiedziane było bez cienia pomyłki, choć widzieli się przed dwoma tygodniami ledwie na krótką wymianę wątpliwych uprzejmości. Anthony podszedł do niego o kilka kroków, skutecznie polem rozproszenia odsuwając bród od poł własnej szaty. Znów różdżka była do tego potrzeba, bogowie jedni wiedzieli jak bardzo marzył o tym, by w końcu wszystkie swe zachcianki spełniać pstryknięciem palców, splotem magii złapanym gołymi rękoma.
– Jak się czujesz? Jesteś ranny? – Stanął metr od niego, uważnie przypatrując się pochudłej, bladej twarzy. Nie wyciągał do niego ręki, nie proponował ramienia, zdawało się, że mężczyzna stoi o własnych siłach, a też był w takim stanie, że z łatwością mógł go ubrudzić. Niestety Anthony choć miał świadomość, że magią da się wywabić wiele plam, wielokrotnie łapał się na tym, że ubrudzenie oznaczało wymianę garderoby. Wszak wiedział, że ta plama tam była i niejednokrotnie nawet gdy znikała, zdawało mu się że czuje jej nieprzyjemną woń, że ton i barwnik zostały już bezpowrotnie naruszone. Jak przystało jednak na biblijnego samarytanina, od którego nikt nie spodziewałby się takiego gestu, dodał: – Niedaleko mam mieszkanie, może chciałbyś na moment przyjść i się odświeżyć. Nie wyglądasz najlepiej, nie ryzykowałbym na Twoim miejscu w tym stanie teleportacji. – propozycja zawisła w powietrzu, otoczona nimbem dość sporej swobody odpowiedzi. Ton Anthony'ego nie był ani nakazujący, ani błagający. Ot, wyciągnięte w kierunku zranionej łani jabłko.