03.06.2024, 12:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.06.2024, 13:35 przez Anthony Shafiq.)
– Och, wygodny kącik czytelniczy, musiałem go przegapić. – Z lekkim roztargnieniem uniósł głowę, oczyma ześlizgując się po wysłużonych, ciężkich słowami regałach, a jego kroki niespiesznie ruszył we wskazaną stronę. Ich ramiona tarły o siebie przy każdym kroku, lecz zdawał się nie zwracać na to większej uwagi. Wokół niego unosiła się niezbyt agresywna, drzewna woń podbita tonami kadzidła i geranium, z domieszką bergamotowej goryczy, nawet jeśli jego chmurne spojrzenie przywodziło na myśl bardziej burzę na morzu, a przez to i oczekiwania wobec perfum, którymi powinien muskać swoją bladą skórę. – Hamlet to dość ciekawy wybór, choć osobiście wolę Coriolanusa. Nie masz czasem wrażenia, że dramaty nie powinny być publikowane? Ich naturalnym przeznaczeniem jest bycie słuchanymi i oglądanymi. To trochę tak... jakby samo śledzenie partytury miało zastąpić muzykę.
Weszli w alejkę, gdzie rzeczywiście prócz stolika nakrytego lekko zszarzałą koronką, zdobnego niezbyt zachęcająco stroikiem z wypłowiałego suszu, stały dwa fotele i lampa na długiej mosiądzowej nodze. Anthony podprowadził Loraine do jednego z foteli, zgodnie z jej życzeniem zakładał, że rzeczywiście sama zmiana pozycji z pionowej na siedzącą, przyniesie jej ulgę i odpocznienie. Położył też książkę, którą zgubiła przed chwilą tuż obok, na wyciągnięcie niewieściej ręki, gdyby miała ochotę znów do niej powrócić. Samemu odwrócił się zaś ku półce, by sięgnąć z niej tomik poezji dziewiętnastowiecznej poetyki Vivienne Lestrange. Z zaciekawieniem przyjrzał się okładce, książka z oddali wyglądała na nieużywaną wcale, może raz przejrzaną, gdy pierwszy raz zawitała do domu. Zaraz potem w milczeniu zajął drugi fotel i... cóż, zaczął czytać, najwidoczniej ignorując obecność pianistki, lub też zadowalając się nabożną czytelniczą ciszą, która rozrastała się między nimi mleczną bielą orchidei.
Weszli w alejkę, gdzie rzeczywiście prócz stolika nakrytego lekko zszarzałą koronką, zdobnego niezbyt zachęcająco stroikiem z wypłowiałego suszu, stały dwa fotele i lampa na długiej mosiądzowej nodze. Anthony podprowadził Loraine do jednego z foteli, zgodnie z jej życzeniem zakładał, że rzeczywiście sama zmiana pozycji z pionowej na siedzącą, przyniesie jej ulgę i odpocznienie. Położył też książkę, którą zgubiła przed chwilą tuż obok, na wyciągnięcie niewieściej ręki, gdyby miała ochotę znów do niej powrócić. Samemu odwrócił się zaś ku półce, by sięgnąć z niej tomik poezji dziewiętnastowiecznej poetyki Vivienne Lestrange. Z zaciekawieniem przyjrzał się okładce, książka z oddali wyglądała na nieużywaną wcale, może raz przejrzaną, gdy pierwszy raz zawitała do domu. Zaraz potem w milczeniu zajął drugi fotel i... cóż, zaczął czytać, najwidoczniej ignorując obecność pianistki, lub też zadowalając się nabożną czytelniczą ciszą, która rozrastała się między nimi mleczną bielą orchidei.