O co miał być krzyk? Czym miała być spowodowana kłótnia? Nie było takiego triggeru, który zostałby tutaj odpalony, żeby unosić emocje Bletchleya w górę. On nie był wkurwiony. Był zmęczony. Bezsilność zjadła go tam razem z mocno uderzającym sercem, w którym rytmika zachęcała do zamknięta wątku tego człowieka, który teraz miał krew na rękach. Były rzeczy gorsze na tym świecie od śmierci, tylko nie każdy zdawał sobie z tego sprawę. Mimo to był straszny świat, w którym nie mógł cofnąć tego, że ktoś na oczach Flynna, już i tak wystarczająco doświadczonego przez życie, popełnia samobójstwo. Cain uważał, że to byłoby dla niego gorsze niż własnoręczne zabicie go, to dopiero spierdolone...
Nie było w nim napięcia, kiedy zbliżał się do Flynna. Chciał mu powiedzieć: wracajmy do domu, a ten dom był teraz tam, gdzie na te dwie noce zostawili swoje rzeczy i bzyczała upierdliwie ta lodówka w uszach jego partnera. Zmartwiło go to, że nie było go od razu tam - nie dlatego, że nie chciał zostawać sam. Prawdę mówiąc to cieszył się, że Flynn stamtąd poszedł i nie karmił swoich oczu tym widokiem, że się nie wtrącał, że nie próbował stworzyć tam zamieszania ani zabrać broni, która została podarowana policjantom - Cain nie zabrał jej ze sobą. Była przecież ich dowodem zbrodni. To będzie krótki proces, całkowicie jasny. Ilość świadków, broń, napastnik gotów przyznać się do winy i te winy odpokutować. Trochę nie było w jego stylu zostawianie tego samemu sobie, ale w priorytetach wolał zająć się Crowem niż grzebać teraz w sprawach mugoli, żeby upewnić się, że nikt nie będzie go przesadnie szukał. A przecież szukać będą, to na pewno. Podał się w końcu za nieistniejącego policjanta.
- Dobrze, że zostawiłeś. - Więc przepraszać nie miał za co, ale zamiast negować przeprosiny wolał go zapewnić, że podjęta pod wpływem impulsu (bo w końcu to one rządziły światem Flynna) decyzja była prawidłowa. Nie gniewał się o to, a wręcz przeciwnie - ruchem dłoni na jego twarzy dał mu znać, że wszystko było w porządku. Nie, nie było, ale Cain nie mógł funkcjonować w świecie, gdzie puszczał tamę faktu, że nie jest dobrze. Gdyby nie teleportował ich on - teleportowałby ich Bletchley. Choć... nie, nie zrobiłby tego. Wyjątkowo chciał się przejść. Na długi spacer. Bardzo, bardzo długi. Taki, po którym nogi już bardzo bolą, a ty nie myślisz o niczym innym tylko marudzeniu na to, jaki jesteś zmęczony. Jakby poziom tego wyczerpania fizycznego i emocjonalnego to było na ten wieczór za mało.
Nie chciał czytać tej notatki i chyba nawet nie chciał wiedzieć, po co ten człowiek tam przyszedł. Wpompowało to do jego krwi złość, przelało przez ciało falą rozżalenia. Cięższy oddech odbił się na jego piersi i wypuścił gwałtownie powietrze przez nos w tym napięciu. Nie trzymając dłoni Flynna - znów zacisnął pięści. Zmienił zdanie. Koleś po prostu zmienił zdanie. Pod wpływem emocji podjął decyzję o śmierci - najpierw swojej, potem kogoś innego. W takim świecie żyli - gdzie to emocje były zgubą, a największym zagrożeniem dla Ziemi byli oni sami - ludzie. Kiedy mijały lata i Cain coraz więcej o tym myślał to zaczynał rozumieć, że pokój na tym świecie osiągnie dopiero, kiedy zginie ostatni człowieka. Wtedy planeta ozdrowieje. Wtedy w końcu mrok przestanie pochłaniać słońce.
Cain nie miał dla Flynna odpowiedzi, czy powinien czytać czy nie. W tej chwili nie miał dla niego żadnej odpowiedzi. Zaciskał te pięści i ten kryształ w rannej dłoni, aż mu drżały. Oddychał nerwowo. Mrok. Świat gaszony przez ludzi. Piękne chwile, które spowite są krwią. Cała radość, która ulatuje, ponieważ gdzieś tam zagościła Śmierć. A gdyby po prostu nie być aż tak samolubnym i to przewidzieć? Gdyby tylko nie przestał wypytywać tej barmanki... już nigdy nie zmieni tego, że przestał. Że machnął ręką i dał sobie odpocząć, bo przecież to wesele, a ty nie jesteś w pracy.
Cain podszedł do ściany i pierdolął w nią rękoma raz, drugi, trzeci, a potem przyjebał w nią czołem. Pomogło. Chociaż trochę, bo trochę zmroczyło. Nie miał dla Flynna słów, chociaż powinien je mieć, ani nie miał dla niego gestów, chociaż powinien go nimi obdarzyć i jakoś pocieszyć, zająć się nim. Ale tego nie miał. Zamknięty i zakołatany we własnych myślach.