04.06.2024, 01:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2024, 17:07 przez The Lightbringer.)
Namioty za sceną
Jim nigdy nie kłamał. Ale czasem milczał. Z pokorą przyjmował wtedy świadomość, że wszyscy dookoła zaczynali śmiać się z ulgą, że ich pomylony prorok na moment przestał mleć ozorem. Milczał, bo nie sądził, by jego przemyślenia zmieniły dla kogokolwiek cokolwiek. Milczał, bo wiedział, że prawda czasem boli.
Piosenka, którą Flynn wybrał pod swój występ rzeczywiście była smutna, ale większości ludzi zgromadzonych na widowni nie będzie to obchodzić: tak jak nie obchodziło ich, że Layla prawie złamała nogę, ćwicząc wyjątkowo trudny numer na trapezie, jak wiele zadrapań zostawiło na ciele Fiery ostatnie magiczne zwierzę, które tresowała, ani to, jak silnie parzył czasem Jima jego własny ogień. Ludzie nie wiedzieli, co czuł Flynn wychodząc na scenę – jak dużo wysiłku kosztowało go przezwyciężenie swych oporów, jakie emocje kierowały jego ruchami, jaki przekaz chciał zakląć w swoim wystąpieniu – przyszli tu na widowisko, nie na spowiedź.
To nie była ich wina. To nie była niczyja wina.
Piosenki były smutne, cyrkowcy byli smutni, cały ten świat był smutny, ale scena pozwalała im przynajmniej na chwilę zapomnieć – jak ołtarz, na którym dokonywało się przeistoczenia – i tak, smutek artysty był źródłem radości widza.
Obcując ze sztuką przywykł bowiem, że jeden obraz może wzbudzać w ludziach skrajne emocje. Widział we Flynnie kogoś wrażliwego – kogoś, kim mogły targać takie właśnie skrajności – och, jakże gorąco pragnął pokazać mu, że jedno może współistnieć z drugim, udowodnić, tak jak Dianie, że nie musi zagłuszać swej wrażliwości alkoholem i… Bóg wie, czym. Nauczyć go jak zatamować smutek, a gdyby to nie pomogło, wypalić go od środka, zostawić wątły, ale niegasnący nigdy płomyk nadziei, wieczny jak lampka nad tabernakulum.
– Tak – Jim zdeptał butem iskry, które spadły na ziemię, gdy zdejmował koszulę – I nie. – Zastanawiał się, czy Flynn pamiętał, że Szatan też był kiedyś Aniołem. – “Nie lękaj się”, tak zawsze witają się anioły – czy to nie jest dziwne? – ich widok zawsze budzi w Biblii trwogę, chociaż są nieskończenie piękne i nieskończenie dobre. Kiedy zalewa cię taka nieskończona dobroć boga – taka której nie możesz zrozumieć – pierwszym instynktem jest ucieczka. – Myślisz, że dlaczego bałem się wrócić do cyrku, po tym, jak uciekliśmy, a ty odstawiłeś mnie do klasztoru? Dlaczego ty bałeś się wrócić? – Kiedy nagle zalewa cię światło słońca, to przecież też mrużysz przed nim oczy – westchnął, jakby niezadowolony z porównania. – Ogień… Ogień jest trochę jak mój anioł stróż. Bo początkowa groza, jaką czujesz wobec potęgi żywiołu, ustępuje, kiedy czujesz ciepło trzaskającego ogniska. Myślę, Flynn, że Anioły to dosyć skomplikowane stworzenia i w chuj ciężko domyślić się, o co im właściwie chodzi.
Patrzył, jak brat trze zmęczoną twarz, pokrywając ją makijażem. Tyle lat minęło, a on dalej widział w nim dzieciaka. Zagubionego dzieciaka.
Słuchał go bardzo uważnie: i tak jak na początku wtrącił swoje trzy knuty, tak teraz stał, patrzył na cholerny słoiczek z cholerną farbką, który brat nerwowo obracał w palcach, i przeklinał swoją cholerną głupotę. Nie pozwolił pokazać po sobie targających nim emocji, choć jego skóra nagle stała się cieplejsza, iskierki we włosach jakby żywsze, a płomyki igrały na opuszkach palców.
Jim zmarszczył lekko brwi, jak zawsze, kiedy popadał w swą eklezjastyczną zadumę. Jak to kiedyś ujął pięknie Tully Bell: “wyglądasz jakby ci się coś paliło koło dupy”. Jego intensywne oczy świdrowały twarz brata, w którego wpatrywał się teraz tak, jakby wpatrywał się w płomienie: z powagą, tęsknotą, obawą – ale i z miłością. Zawsze z miłością.
Odkąd Flynn powrócił, ich relacja... Niby nic się nie zmieniło, ale zmieniło się wszystko.
Zajmowałem się... nieprzyjemnymi rzeczami.
Zawahał się, zanim pogłaskał Flynna po włosach, czule, delikatnie odgarniając przydługie już loki z twarzy brata, i, cholera, może jednak powinien się ostrzyć, bo jeszcze mu ten aniołek fiknie, bo nie zobaczy, że stoi już na skraju sceny. Uśmiechnął się do odbicia Flynna w lustrze. Nie przypominało to sposobu, w jaki okazywali sobie braterską miłość, kiedy byli jeszcze dzieciakami. Nie, oni zawsze się ze sobą szarpali – nawet teraz potrafili się potłuc, i kiedy Flynn darł się, wrzeszcząc bezeceństwa do uszu, Jim ryczał potężnym głosem egzorcyzmy – a gdy Flynn stał obok, Jim, korzystając z tego przywileju, że wyprzedzał go o te kilka centymetrów, targał mu z uśmieszkiem włosy. Ale były też cisza, dużo ciszy. Bo Flynn nie mówił (nie chciał? nie mógł? nie potrafił?), a Jim solidarnie stwierdzał, że on teraz na miesiąc czy dwa składa śluby milczenia – żeby bratu było raźniej, myślał z determinacją, ale nigdy nie powiedziałby tego głośno – i milczeli sobie razem, choć z kompletnie innych powodów. Siadywali wtedy czasem obok siebie, każdy pogrążony w swoim świecie: razem, ale osobno. Ich przyjaźń nie była wymagająca: była prosta i solidna, jak krzyżyk na jego szyi. Czasem też zaskakująco czuła, jak pocałunek złożony niespodzianie na jego policzku.
– Mógłbym wyczarować ci skrzydła z ognia. – Nie żebyś potrzebował ich, żeby polecieć, pomyślał Jim z dziwnym smutkiem, wstydząc się egoistycznej pretensji, która tkwiła w pobożnym życzeniu, by Flynn nie wyfruwał z rodzinnego gniazda za każdym razem, kiedy coś bodło w jego samotne serce. – Pożyczyć ci swojego anioła stróża, skoro nie możesz mieć na scenie swojego.
Jim nie wiedział, jak się z tym wszystkim czuć. Chciał zapytać: “co takiego zrobiłeś?”. Chciał wiedzieć wszystko. Chciał o niczym nie wiedzieć. Chciał… Jak zawsze, zbyt wiele. To nie był dobry moment, by zadawać Flynnowi pytania na temat jego przeszłości, zwłaszcza, że ta ewidentnie wydawała się deptać mu po piętach. Gdyby mógł, spaliłby za nim wszystkie mosty, które ten przekroczył, by powrócić na łono rodziny. Gdyby mógł, pomógłby mu z ciężarem, który tamten nosił, tylko dlatego, że był jego bratem, i wrócił, no przecież, cholera, wrócił. Jim chciał myśleć, że zniósłby to wszystko dzielnie, ale nie był głupi. On i jego rodzina robili wiele nielegalnych rzeczy. Prawie zapomniał już o tym, że właśnie okradli dziennikarza tylko dlatego, że taki mieli kaprys, bo tak bardzo było to dla nich normalne. Ile to razy siedział w areszcie? Ile grzechów sam miał na sumieniu?
Co takiego zrobiłeś, Flynn? Czy to coś tak strasznego, że będziesz się smażył w piekle, którym kiedyś straszyłem cię po nocach?
Chuj z ogniem piekielnym, pomyślał Jim, zdjęty dziwną pasją, to wciąż ogień, i będzie mnie słuchał jak każdy inny. Nie da Bogu skrzywdzić swojej rodziny.
Zacisnął zęby, udając, że jest całkowicie skupiony na tym, by wymalować na torsie święty symbol boskiego oka otoczony łacińskimi inskrypcjami. Wylał niechcący większość farbki na ziemię, kiedy na zewnątrz wybuchł nagle straszny harmider.
– Co się działo na tej scenie, żeście się tak darli wniebogłosy? – rzucił w stronę dzieciaka, który przypałętał się nie stąd ni zowąd do garderoby. Wymienił się spojrzeniami z Flynnem. – Cyrk przyjechał? Sąd Ostateczny? Czy cukierki rozdawali? Ej, Flynn, masz jakiegoś cukierka? JAK TO, JUŻ WYCHODZIMY?
na charyzmę żeby dzieciaka uspokoić
Jim nigdy nie kłamał. Ale czasem milczał. Z pokorą przyjmował wtedy świadomość, że wszyscy dookoła zaczynali śmiać się z ulgą, że ich pomylony prorok na moment przestał mleć ozorem. Milczał, bo nie sądził, by jego przemyślenia zmieniły dla kogokolwiek cokolwiek. Milczał, bo wiedział, że prawda czasem boli.
Piosenka, którą Flynn wybrał pod swój występ rzeczywiście była smutna, ale większości ludzi zgromadzonych na widowni nie będzie to obchodzić: tak jak nie obchodziło ich, że Layla prawie złamała nogę, ćwicząc wyjątkowo trudny numer na trapezie, jak wiele zadrapań zostawiło na ciele Fiery ostatnie magiczne zwierzę, które tresowała, ani to, jak silnie parzył czasem Jima jego własny ogień. Ludzie nie wiedzieli, co czuł Flynn wychodząc na scenę – jak dużo wysiłku kosztowało go przezwyciężenie swych oporów, jakie emocje kierowały jego ruchami, jaki przekaz chciał zakląć w swoim wystąpieniu – przyszli tu na widowisko, nie na spowiedź.
To nie była ich wina. To nie była niczyja wina.
Piosenki były smutne, cyrkowcy byli smutni, cały ten świat był smutny, ale scena pozwalała im przynajmniej na chwilę zapomnieć – jak ołtarz, na którym dokonywało się przeistoczenia – i tak, smutek artysty był źródłem radości widza.
Obcując ze sztuką przywykł bowiem, że jeden obraz może wzbudzać w ludziach skrajne emocje. Widział we Flynnie kogoś wrażliwego – kogoś, kim mogły targać takie właśnie skrajności – och, jakże gorąco pragnął pokazać mu, że jedno może współistnieć z drugim, udowodnić, tak jak Dianie, że nie musi zagłuszać swej wrażliwości alkoholem i… Bóg wie, czym. Nauczyć go jak zatamować smutek, a gdyby to nie pomogło, wypalić go od środka, zostawić wątły, ale niegasnący nigdy płomyk nadziei, wieczny jak lampka nad tabernakulum.
– Tak – Jim zdeptał butem iskry, które spadły na ziemię, gdy zdejmował koszulę – I nie. – Zastanawiał się, czy Flynn pamiętał, że Szatan też był kiedyś Aniołem. – “Nie lękaj się”, tak zawsze witają się anioły – czy to nie jest dziwne? – ich widok zawsze budzi w Biblii trwogę, chociaż są nieskończenie piękne i nieskończenie dobre. Kiedy zalewa cię taka nieskończona dobroć boga – taka której nie możesz zrozumieć – pierwszym instynktem jest ucieczka. – Myślisz, że dlaczego bałem się wrócić do cyrku, po tym, jak uciekliśmy, a ty odstawiłeś mnie do klasztoru? Dlaczego ty bałeś się wrócić? – Kiedy nagle zalewa cię światło słońca, to przecież też mrużysz przed nim oczy – westchnął, jakby niezadowolony z porównania. – Ogień… Ogień jest trochę jak mój anioł stróż. Bo początkowa groza, jaką czujesz wobec potęgi żywiołu, ustępuje, kiedy czujesz ciepło trzaskającego ogniska. Myślę, Flynn, że Anioły to dosyć skomplikowane stworzenia i w chuj ciężko domyślić się, o co im właściwie chodzi.
Patrzył, jak brat trze zmęczoną twarz, pokrywając ją makijażem. Tyle lat minęło, a on dalej widział w nim dzieciaka. Zagubionego dzieciaka.
Słuchał go bardzo uważnie: i tak jak na początku wtrącił swoje trzy knuty, tak teraz stał, patrzył na cholerny słoiczek z cholerną farbką, który brat nerwowo obracał w palcach, i przeklinał swoją cholerną głupotę. Nie pozwolił pokazać po sobie targających nim emocji, choć jego skóra nagle stała się cieplejsza, iskierki we włosach jakby żywsze, a płomyki igrały na opuszkach palców.
Jim zmarszczył lekko brwi, jak zawsze, kiedy popadał w swą eklezjastyczną zadumę. Jak to kiedyś ujął pięknie Tully Bell: “wyglądasz jakby ci się coś paliło koło dupy”. Jego intensywne oczy świdrowały twarz brata, w którego wpatrywał się teraz tak, jakby wpatrywał się w płomienie: z powagą, tęsknotą, obawą – ale i z miłością. Zawsze z miłością.
Odkąd Flynn powrócił, ich relacja... Niby nic się nie zmieniło, ale zmieniło się wszystko.
Zajmowałem się... nieprzyjemnymi rzeczami.
Zawahał się, zanim pogłaskał Flynna po włosach, czule, delikatnie odgarniając przydługie już loki z twarzy brata, i, cholera, może jednak powinien się ostrzyć, bo jeszcze mu ten aniołek fiknie, bo nie zobaczy, że stoi już na skraju sceny. Uśmiechnął się do odbicia Flynna w lustrze. Nie przypominało to sposobu, w jaki okazywali sobie braterską miłość, kiedy byli jeszcze dzieciakami. Nie, oni zawsze się ze sobą szarpali – nawet teraz potrafili się potłuc, i kiedy Flynn darł się, wrzeszcząc bezeceństwa do uszu, Jim ryczał potężnym głosem egzorcyzmy – a gdy Flynn stał obok, Jim, korzystając z tego przywileju, że wyprzedzał go o te kilka centymetrów, targał mu z uśmieszkiem włosy. Ale były też cisza, dużo ciszy. Bo Flynn nie mówił (nie chciał? nie mógł? nie potrafił?), a Jim solidarnie stwierdzał, że on teraz na miesiąc czy dwa składa śluby milczenia – żeby bratu było raźniej, myślał z determinacją, ale nigdy nie powiedziałby tego głośno – i milczeli sobie razem, choć z kompletnie innych powodów. Siadywali wtedy czasem obok siebie, każdy pogrążony w swoim świecie: razem, ale osobno. Ich przyjaźń nie była wymagająca: była prosta i solidna, jak krzyżyk na jego szyi. Czasem też zaskakująco czuła, jak pocałunek złożony niespodzianie na jego policzku.
– Mógłbym wyczarować ci skrzydła z ognia. – Nie żebyś potrzebował ich, żeby polecieć, pomyślał Jim z dziwnym smutkiem, wstydząc się egoistycznej pretensji, która tkwiła w pobożnym życzeniu, by Flynn nie wyfruwał z rodzinnego gniazda za każdym razem, kiedy coś bodło w jego samotne serce. – Pożyczyć ci swojego anioła stróża, skoro nie możesz mieć na scenie swojego.
Jim nie wiedział, jak się z tym wszystkim czuć. Chciał zapytać: “co takiego zrobiłeś?”. Chciał wiedzieć wszystko. Chciał o niczym nie wiedzieć. Chciał… Jak zawsze, zbyt wiele. To nie był dobry moment, by zadawać Flynnowi pytania na temat jego przeszłości, zwłaszcza, że ta ewidentnie wydawała się deptać mu po piętach. Gdyby mógł, spaliłby za nim wszystkie mosty, które ten przekroczył, by powrócić na łono rodziny. Gdyby mógł, pomógłby mu z ciężarem, który tamten nosił, tylko dlatego, że był jego bratem, i wrócił, no przecież, cholera, wrócił. Jim chciał myśleć, że zniósłby to wszystko dzielnie, ale nie był głupi. On i jego rodzina robili wiele nielegalnych rzeczy. Prawie zapomniał już o tym, że właśnie okradli dziennikarza tylko dlatego, że taki mieli kaprys, bo tak bardzo było to dla nich normalne. Ile to razy siedział w areszcie? Ile grzechów sam miał na sumieniu?
Co takiego zrobiłeś, Flynn? Czy to coś tak strasznego, że będziesz się smażył w piekle, którym kiedyś straszyłem cię po nocach?
Chuj z ogniem piekielnym, pomyślał Jim, zdjęty dziwną pasją, to wciąż ogień, i będzie mnie słuchał jak każdy inny. Nie da Bogu skrzywdzić swojej rodziny.
Zacisnął zęby, udając, że jest całkowicie skupiony na tym, by wymalować na torsie święty symbol boskiego oka otoczony łacińskimi inskrypcjami. Wylał niechcący większość farbki na ziemię, kiedy na zewnątrz wybuchł nagle straszny harmider.
– Co się działo na tej scenie, żeście się tak darli wniebogłosy? – rzucił w stronę dzieciaka, który przypałętał się nie stąd ni zowąd do garderoby. Wymienił się spojrzeniami z Flynnem. – Cyrk przyjechał? Sąd Ostateczny? Czy cukierki rozdawali? Ej, Flynn, masz jakiegoś cukierka? JAK TO, JUŻ WYCHODZIMY?
na charyzmę żeby dzieciaka uspokoić
Rzut N 1d100 - 98
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 12
Akcja nieudana
Akcja nieudana
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić