Jej towarzysze byli rozmowni — ale nie w taki sposób, jaki Peppa oczekiwała. Dla niej gadali jakieś bzdury. Jakieś wizje, potencjalne dzieci... Co ona tu właściwie robiła? Ta trójka znała się blisko, a ona i ten nieszczęsny brygadzista musieli się za nimi wlec, wsłuchując się w ich prywatne rozmowy.
W końcu padło nazwisko Bagshota i Peppa nadstawiła uszu. Czy teraz mogli przejść do dyskusji, która będzie dla niej bardziej zrozumiała?
— Widziałam mapę, na której Bagshot zaznaczył granicę terenu chronionego przez te dziwne moce. Cały ośrodek, szczególnie ten zagajnik, były w centrum — powiedziała.
Jednocześnie odsunęła od siebie gałąź mijanego krzewu. I poczuła to drżenie. Oddaliła się od krzewu, wpadając plecami na drzewo. Ono również drżało. Kucnęła i dotknęła trawy. Niezrozumiałe sensacje budowały strach w młodej czarownicy.
— Czemu... Czemu to wszystko się tak trzęsie? Może jednak nie powinniśmy tam iść?
Ale byli już niemal na miejscu. Peppa dostrzegła dziurę. I co teraz? Longbottom chciał stworzyć klona. By oszukać moce Windermere? Chociaż powoli miała go za dziwaka, zarumieniła się na pochwałę. Doskonała w transmutacji. Oczywiście, że była doskonała. Była córką Mildred Potter, nie istniała inna opcja poza doskonałością. Nawet jej brat, pomimo bycia (według Peppy) skończonym idiotą, posiadał wybitne zdolności transmutacyjne.
— Jak dokładniej mogłabym się panu przydać w takim razie? — spytała Morpheusa. Swojemu koledze dał konkretne zadanie, oczekiwała tego samego. Bez powodu by jej talentu nie wymieniał. Chociaż otaczał ją strach, była gotowa nawet skorzystać z metamorfomagii. A może dlatego okoliczne czary jej sprzyjały? Bo miała w sobie wewnętrzne zwierzę?
Peppa zwróciła uwagę na kobietę wołającą do szczeliny. Westchnęła lekko. Skierowała różdżkę w stronę dziury i przemieniła listki obrastającego ją bluszczu w świetliste kulki. Powinny rozjaśnić tajemnicze podziemia wystarczająco, by zobaczyć kształty w środku.
Transmutowanie listków w świecące kulki
Sukces!
Sukces!