31.12.2022, 18:07 ✶
Spotkania rodzin czystej krwi, tych, którzy to mocno pielęgnowali, były zawsze prawie takie same: nudne do porzygu. Sztywne jak widły w smoczym łajnie. Oczywiście żaden szanujący się członek takiego rodu nie powie tego na głos, chyba, że już trochę podpije, a Victoria póki co była całkiem trzeźwa. Były dwie opcje: albo mogłaby mówić wtedy godzinami co to się tam wyrabia, albo skwitować to krótkim „nuda”.
- Dużo lepszy – zgodziła się z Brenną. Ale u niej na spotkaniach rodzinnych dawali wino, czerwone jak krew, pewnie żeby symbolizowało czystość krwi. Czystokrwiści mieli na tym punkcie prawdziwego bzika.
- Może co innego by mówiła, gdybyś zamiast włazić na drzewo po prostu tam podleciała na miotełce. Albo przypadkiem tam znalazła i narobiła wszystkim dookoła strachu – bo tak się potrafiło dziać, kiedy nagle dziecko przejawiało zdolności magiczne. Ale akurat Victoria bardzo dobrze potrafiła sobie wyobrazić tę cioteczkę Evę. - Mogłaś sama wybierać co chcesz założyć jak miałaś siedem lat? Czy to rodzina podsuwała ci spodnie, a ciotka z jakiegoś powodu denerwowała się na ciebie? – zapytała, bo Victoria, kiedy była w tym wieku, nie miała nic do powiedzenia w kwestii swojego ubioru. No a przecież sama by go sobie w tym wieku nie uszyła! Znaczy dzisiaj też by tego nie zrobiła, ale nie w tym była rzecz. - Ach, gadanie. W pewnych zawodach sukienka tylko by przeszkadzała – Victoria machnęła ręką, bo obecnie sama przecież w pracy nosiła spodnie. Teraz nie, teraz była po pracy, ale musiała przyznać, że była w tym pewna wygoda, zwłaszcza jak musisz za kimś biec, a poły sukni tylko zaczynałyby ograniczać. A i potknąć się łatwiej. - Na szczęście przeszczepienie osobowości można między bajki wsadzić – uśmiechnęła się do Brenny. Rozumiała już wszystko na temat ciotki, która wsuwała swój zbyt długi nochal w nie swoje sprawy.
I brygadziści i aurorzy byli potrzebni. Jakby wszyscy byli aurorami, to kto zajmowałby się sprawami, które czarnej magii nie dotykały? Jeśli tylko Brenna czuła się tam na miejscu, to to było dla niej najważniejsze. Niektórzy zmieniali Departamenty jak rękawiczki, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Victoria zresztą przeszła przez trzy różne stanowiska, no, cztery jeśli liczyć jeszcze bycie stażystką.
- Mówię ci, następnym razem daj im pokrojone – bo znając Brennę, to była pewna, że będzie następny raz. Temat o pracy jakoś od razu robił się cięższy, ale Longbottom miała rację: ludzie próbowali odreagować. I zresztą nic w tym dziwnego! - Parszywe czasy – odpowiedziała i pokiwała głową, nim się nie napiła. - Dużo tego ostatnio. Odkąd awansowałam na aurora to nie było tygodnia bez sprawy ze zgonem mugola – awansowała na początku tego roku, teraz miały końcówkę marca, co dawało trzy miesiące. Łatwo było policzyć, że to dawało liczbę: dużo. - Nawet w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof nie miałam tyle styczności z mugolami co teraz – nie była z tego przesadnie zadowolona, mimo wszystko wciąż tkwiła w naukach o mugolach wyniesionych z domu. Ale przy tym nie migała się od roboty dlatego, że dotyczyło to nie czarodziejów.
- Dużo lepszy – zgodziła się z Brenną. Ale u niej na spotkaniach rodzinnych dawali wino, czerwone jak krew, pewnie żeby symbolizowało czystość krwi. Czystokrwiści mieli na tym punkcie prawdziwego bzika.
- Może co innego by mówiła, gdybyś zamiast włazić na drzewo po prostu tam podleciała na miotełce. Albo przypadkiem tam znalazła i narobiła wszystkim dookoła strachu – bo tak się potrafiło dziać, kiedy nagle dziecko przejawiało zdolności magiczne. Ale akurat Victoria bardzo dobrze potrafiła sobie wyobrazić tę cioteczkę Evę. - Mogłaś sama wybierać co chcesz założyć jak miałaś siedem lat? Czy to rodzina podsuwała ci spodnie, a ciotka z jakiegoś powodu denerwowała się na ciebie? – zapytała, bo Victoria, kiedy była w tym wieku, nie miała nic do powiedzenia w kwestii swojego ubioru. No a przecież sama by go sobie w tym wieku nie uszyła! Znaczy dzisiaj też by tego nie zrobiła, ale nie w tym była rzecz. - Ach, gadanie. W pewnych zawodach sukienka tylko by przeszkadzała – Victoria machnęła ręką, bo obecnie sama przecież w pracy nosiła spodnie. Teraz nie, teraz była po pracy, ale musiała przyznać, że była w tym pewna wygoda, zwłaszcza jak musisz za kimś biec, a poły sukni tylko zaczynałyby ograniczać. A i potknąć się łatwiej. - Na szczęście przeszczepienie osobowości można między bajki wsadzić – uśmiechnęła się do Brenny. Rozumiała już wszystko na temat ciotki, która wsuwała swój zbyt długi nochal w nie swoje sprawy.
I brygadziści i aurorzy byli potrzebni. Jakby wszyscy byli aurorami, to kto zajmowałby się sprawami, które czarnej magii nie dotykały? Jeśli tylko Brenna czuła się tam na miejscu, to to było dla niej najważniejsze. Niektórzy zmieniali Departamenty jak rękawiczki, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Victoria zresztą przeszła przez trzy różne stanowiska, no, cztery jeśli liczyć jeszcze bycie stażystką.
- Mówię ci, następnym razem daj im pokrojone – bo znając Brennę, to była pewna, że będzie następny raz. Temat o pracy jakoś od razu robił się cięższy, ale Longbottom miała rację: ludzie próbowali odreagować. I zresztą nic w tym dziwnego! - Parszywe czasy – odpowiedziała i pokiwała głową, nim się nie napiła. - Dużo tego ostatnio. Odkąd awansowałam na aurora to nie było tygodnia bez sprawy ze zgonem mugola – awansowała na początku tego roku, teraz miały końcówkę marca, co dawało trzy miesiące. Łatwo było policzyć, że to dawało liczbę: dużo. - Nawet w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof nie miałam tyle styczności z mugolami co teraz – nie była z tego przesadnie zadowolona, mimo wszystko wciąż tkwiła w naukach o mugolach wyniesionych z domu. Ale przy tym nie migała się od roboty dlatego, że dotyczyło to nie czarodziejów.