— Bachtanki upijały się winem, nie piwem — żachnął się Morpheus, wywracając oczami. Uważał, że jego ciemne oczy miały tylko w tym swoją słabość, musiał dokładnie kontrolować, co z nimi robi, bo odcinały się mocno na tle białek i twarzy, więc jego spoglądanie w niebo było jeszcze wyraźniejsze, niż ciężkie westchnienie. — A piwo nie jest złe, tylko to musi być dobre piwo, a nie jakieś popłuczyny z Nokturnu. Nie pytaj.
Przypomniał mu się paskudny alkohol, który zamówił dla towarzystwa, podczas rozwiązywania sprawy, z którą przyszła do niego Geraldine Yaxley, dotyczącą jej demonicznego brata bliźniaka, który planuje pożreć jej serce. Picie tamtego piwa skończyło się na jednym łyku, ale frytki mieli smaczne, więc mógł im wybaczyć, w końcu to Nokturn. Antoniusz prędzej by zemdlał, niż przeszedł przez próg Białego Wiwerna. Dobrze dla niego.
Określanie jego kart dewiacjami, różnych dróg interpretacji, zawsze nieco bolało i tym razem Morpheus nieco się skrzywił. Celny cios w miękki, odsłonięty brzuch, w rewanżu za to bieganie, tak sądził. Normalnie zjeżyłby się na to, że ktoś tak mówi o jego badaniach naukowych, ale rozumiał doskonale ograniczenia Shafiq'a w zrozumieniu, jak postrzega świat. Jemu zawsze wybaczał.
— Moim zdaniem powinieneś zainwestować w jakiś browar. Większość osób nie docenia smaku wina, bo ma kubki smakowe zniszczone tanimi produktami i tytoniem. Nie można karać biednych za bycie biednymi.
Zamilkł. Bardzo nie chciał myśleć o tym, co mogło się wydarzyć na straganach w Lammas. Nie chciał projektować przyszłości i manifestować, nie chciał być pająkiem, który tka przeklętą, czarną sieć przyszłości.
— Oczywiście. Jeśli ci nic nie powiem, albo nic się nie wydarzyło, albo wszyscy zginęliśmy.
Slaby sukces...