Na wspomnienie tego polowania w Hogwarcie, czy raczej zabawy terenowej, Morpheus zrobił dziwną minę. Za dobrze pamiętał tamtą sytuację, chociaż z zupełnie innego powodu, niż pamiętał to Antoniusz, Charlotte czy Jonathan. To był ich ostatni rok w Hogwarcie, Anthony niesamowicie wzdychał do Selwyna, Charlotte trzęsła całym swoim domem, a on... A on spoliczkował Vakela Dolohova w ich pokoju wspólnym, a tamten oddał mu w Wielkiej Sali, pełnej innych prefektów. Kiedy patrzył na to z perspektywy, z wiedzą, którą miał obecnie, całość wyglądała znacznie bardziej tragicznie. W teorii był to początek przyjaźni, która rozpadła się z hukiem. Jeźdźcy Apokalipsy wiedzieli, że to, co łączyło jego i Vakela nie należało do lekkich tematów i że Morpheus nawet lata później krygował się przed nimi, aby nazwać to konkretnym imieniem, tak jak raczej milczał, gdy we własnym sosie wspominali o preferencjach seksualnych Anthony'ego. Longbottom od czasów szkolnych prowadził ze sobą nierówną walkę o akceptację. I tak jak rzeczywiście otworzył się, aby przed trójką najlepszych przyjaciół wspominać konkretną płeć kochanków, a nie osoby, tak nadal bardzo nie chciał wspominać o ich nazwiskach. Oni wiedzieli, oczywiście, nie byli kretynami, ale on miał czyste sumienie. Sam nie chciałby, aby któryś z jego kochanków bardzo swobodnie wspominał o tym, że z nim sypia.
— Zawsze będziesz pierwszą damą mojego serca, Jonathanie— przyłożył wolną dłoń do serca, ignorując jego bardzo metaforyczne kłucie. Najlepszy rocznik. Przeklęty rocznik, ot co. — Muszę zacząć zapisywać te pomysły. A co do Antoniusza, oczywiście, że się zakochał i z tego, co wiem, jak zwykle dramatyzował. Ale dla was, mogę specjalnie sprawdzić...
Podniósł się, podszedł do swojej bratniej duszy, zanurzył dwa palce w winie i dotknął nimi jego czoła. Cała trójka wiedziała, że jedną z dodatkowych przewag tego kręgu znajomych nad innymi, którzy otaczali Morpheusa, było to, że nie zalewali go falami widzenia, swoich przyszłych decyzji. Ich oklumencja trzymała ich przyszłość w ślicznych pudełeczkach, do których miał kluczyk, musiał tylko dopasować konkretny z setek dostępnych. Odrobina wysiłku, ale to cena, którą był gotów płacić za to, że jego głowa nie płonęła.
Kropla wina spłynęła z jego palców na czoło Shafiq'a. Nie musiał go dotykać, ale bawiło go to, więc to zrobił. Poza tym lubił patrzeć, jak ludzie zezują na jego dłoń. Tracili wtedy całkowicie jakąkolwiek powagę.
Akcja nieudana