Był na wpół świadomy tego, co się z nim dzieje. Świadomy na tyle, że w pierwszej chwili się nawet wyrywał Flynnowi i kazał zostawić. To dobrze, że nie był sam, czy może wręcz przeciwnie? Teraz brak samotności pisany był piórem najgorszych scenariuszy - takim, w którym nie możesz wycofać się całkowicie do swojej muszli, bo jesteś od kogoś zależny. Kręcisz się jak ten robal przy zapalonej lampie i nawet zapominasz, że mógłbyś na kimś usiąść i pozaczepiać, podrażnić. Wybić się z trajektorii prostego lotu, o które opierasz swoje skrzydła.
To była tylko chwila, zanim poddał się ramionom Flynna i jego gestom, ale wcale przy tym nie rozluźnił. Nie było kontaktu w jego spojrzeniu. Jeśli chaos miał jakiś wyraz i mógł spojrzeć na ludzi poprzez czyjeś oczy, to obrałby sobie okna duszy Caina. W Biblijnym scenariuszu spoglądał też przed tysiącami lat jak krew zdobi palce imiennego poprzednika i dziś mógł widzieć to samo - prawie też zabarwiły się dłonie krwią bliźniego. Tego, który sam chciał odebrać sobie życie. Nie było tu dobrej drogi ani przez myśli, ani tej fizycznej. Bletchley przykładał jedną dłoń do swojego czoła, to wciskał palce w swoją skroń, przyjmując pozycję człowieka, którego coś bardzo bolało. Ból nie był fizyczny, ale przecież ten niefizyczny potrafił być dużo gorszy. Patrzył jednocześnie w twarz Crowa i czekał. Na co? Aż jednak z tych rozchylonych warg popłyną słowa? Widział go i nie widział jednocześnie, a jego głos byłby słyszalny i zatonął między wszystkimi innymi słowami, które rozszarpywały go teraz na kawałki. Tego się już nie zmieni - tej linii czasowej, w której musiał go wprowadzić do domu jak niepełnosprawnego człowieka bez powiedzenia tego głupkowatego... żartu? Faktu? Czymkolwiek by to nie było. Nie będzie już też takiej rzeczywistości, w której ten ślub zakończył się wesołym śpiewaniem piosenek w samochodzie, albo dopasowaniem się do pogody i klimatyczne nucenie Riders on the storm, jakby byli sami na scenie razem z The Doors. W tym świecie otworzone zostały w ciemnościach drzwi do sypialni i popłakało się zamiast ludzkich oczu - niebo.
Tamta dziewczyna na plaży wystarczająco już płakała i będzie jeszcze płakać.
Ludzie umierają, Cain. Łapał się Flynna i zaciskał na nim palce bezwiednie, w nerwowym tiku chwytania się czegoś (kogoś) fizycznego bez większych hamulców, bo tylko ten dotyk sprawiał, że nie tonął. Ciągle pochłaniały go fale, więc musiał poprawić chwyt i podciągnąć się w górę mocniej. Zabijają ich Śmierciożercy, zabijają ich znajomi, zabijają ich własne dzieci. On tam leżał i drżał spazmatycznie na tym tarasie, a biała sukienka była już czerwona od krwi. I biały welon opadł z jej głowy, a teraz powinien być całunem dla umierającego. Mężczyzna, który się chyba tam nawet wstydził bawić, bo to nie jego bajka, ale pokochał dziewczynę i w tę bajkę wszedł. I drugi mężczyzna, który tkwił w bajce, której nie można zakończyć. On umrze. Było tyle krwi. A może już umarł i sam tego nie zanotowałeś? Nie chcę wiedzieć. Zabójca chciał się zabić, a sam chciałeś go skazać na zabójstwo. Nie chcę wiedzieć! Coś, co wcale nie trwało tak długo zdawało się agonią trwającą godziny. Kiedy w końcu przestał się niespokojnie ruszać, napinać i ściskać Flynna z całych sił to skończył prawie w pozycji embrionalnej. Chowając twarz w brzuchu mężczyzny, z podkulonymi nogami splecionymi z nogami czarnowłosego. Już ze spokojnym oddechem. Już z rozluźnionymi mięśniami. Teraz już, kiedy się poprawił i przesunął nieco wyżej głową, żeby objąć Fleamonta, zrobił to czule.
- Już w porządku. - Zapewnił go, chociaż... chyba obaj wiedzieli, że wcale nie będzie tak szybko w porządku. To już na zawsze zostanie wpisane w ich wspólny wyjazd.