04.06.2024, 18:37 ✶
Znowu na warsztat weszła Fontaine. Była alfą i omegą jego zachowania, początkiem oraz jego końcem. Pragnąłem się łudzić, że to dzięki mnie był sobą, ale tak naprawdę to jego bycie sobą było jedynie skrawkiem, który mi okazywał. Reszta faktycznie była okryta grubą tkaniną tajemnicy i Flynn co do jednego miał rację - poznawanie prawdy o nim mogło doprowadzić do naszego końca. Nie chciałem tego, ale łapały mnie wątpliwości, rozpacze, słabości, mdłości... Po prostu chciałem zapaść się pod ziemię, co już nie pierwszy raz powtarzałem sobie w myślach. Głośno nie miałem odwagi, nie mówiłem za wiele, bojąc się reakcji Flynna, wciąż nie chcąc go stracić, jak gdyby już nie miało to miejsca.
Był taki słodki, taki uroczy. Oczy mu lśniły tak, że chętnie bym go zjadł, porwał do wspólnego tańca ciał, ale coś się zmieniło, coś kategorycznie się zmieniło. Patrząc na niego, miałem z tyłu głowy myśl, że nie należał tylko do mnie, że był ktoś inny, do kogo był taki sam, a może nawet lepszy? Ciekawe, czy wtedy był Flynnem, czy może Crowem...? Czy inaczej całowali? Czy inaczej kochali? Czy coś ogólnie było inaczej? Czy może wszystko tak samo...?
Matko, jakie to było żałosne. Flynn był tylko jeden. To jego uczucia były chaotyczne. Przez Fontaine... Może miałem rację z tym, że wcale mnie nie kochał? Tylko po prostu potrzebował? Tyle że... tak bardzo nie chciałem o tym słuchać. Pragnąłem trwać tak z zamkniętymi oczami i nie mówić nic. Najlepiej to również nie myśleć, gdyż nie było nas tu. Byliśmy w naszej przyczepie, był poranek, Flynn dawał mi absolutne kurwa nic, czyli siebie, a ja wdychałem jego obecność, chłonąłem skórą. O tak! Było miło.
Zacisnąłem mocniej oczy, pragnąc pozostać w tej wizji. Okłamać się. Okłamać się potężnie. Po omacku nawet odnalazłem drogę ku jego ustom, całowałem go drobną chwilę, ale... Ale nie potrafiłem nie myśleć, nie potrafiłem kłamać, nie potrafiłem zapomnieć. Odsunąłem się i otworzyłem ponownie oczy. Wpatrywałem się w niego. Był taki piękny, niewinny i biedny z całą pulą swoich negatywnych emocji. Miałem ochotę go pocieszać, chociaż powinienem go potępić.
- Czyli... Mam ciebie chociaż połowę czy... ani nawet grama? - zapytałem go niepewnie, bo było sporo tego wszystkiego. Osobiście też nie byłem pewien, czy absolutnie chciałem go w pełni, czy byłem gotów przyjąć część... Albo te nic. Wzruszyłem ramionami, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok, dokładnie na mieniące się w słabym świetle stroje. - A on...? On wie? - dodałem przyciszonym głosem, jakby zachrypniętym. Miałem na myśli Raziela, ale nie byłem w stanie tak lekko o nim mówić, głośno mówić, przyznawać się na każdym kroku do jego istnienia. Ciekaw jednak byłem, w jaki sposób on przyjął do wiadomości, że Flynn miał też innych... Pewnie lekko, skoro oboje wyszli spod spódnicy Fontaine. W takim przypadku, może sam powinienem się do niej zgłosić na bycie sługą szanownej jędzy? Nauczyłaby mnie trochę uczuciowej elastyczności.
Ale to było głupie. Ech.
Był taki słodki, taki uroczy. Oczy mu lśniły tak, że chętnie bym go zjadł, porwał do wspólnego tańca ciał, ale coś się zmieniło, coś kategorycznie się zmieniło. Patrząc na niego, miałem z tyłu głowy myśl, że nie należał tylko do mnie, że był ktoś inny, do kogo był taki sam, a może nawet lepszy? Ciekawe, czy wtedy był Flynnem, czy może Crowem...? Czy inaczej całowali? Czy inaczej kochali? Czy coś ogólnie było inaczej? Czy może wszystko tak samo...?
Matko, jakie to było żałosne. Flynn był tylko jeden. To jego uczucia były chaotyczne. Przez Fontaine... Może miałem rację z tym, że wcale mnie nie kochał? Tylko po prostu potrzebował? Tyle że... tak bardzo nie chciałem o tym słuchać. Pragnąłem trwać tak z zamkniętymi oczami i nie mówić nic. Najlepiej to również nie myśleć, gdyż nie było nas tu. Byliśmy w naszej przyczepie, był poranek, Flynn dawał mi absolutne kurwa nic, czyli siebie, a ja wdychałem jego obecność, chłonąłem skórą. O tak! Było miło.
Zacisnąłem mocniej oczy, pragnąc pozostać w tej wizji. Okłamać się. Okłamać się potężnie. Po omacku nawet odnalazłem drogę ku jego ustom, całowałem go drobną chwilę, ale... Ale nie potrafiłem nie myśleć, nie potrafiłem kłamać, nie potrafiłem zapomnieć. Odsunąłem się i otworzyłem ponownie oczy. Wpatrywałem się w niego. Był taki piękny, niewinny i biedny z całą pulą swoich negatywnych emocji. Miałem ochotę go pocieszać, chociaż powinienem go potępić.
- Czyli... Mam ciebie chociaż połowę czy... ani nawet grama? - zapytałem go niepewnie, bo było sporo tego wszystkiego. Osobiście też nie byłem pewien, czy absolutnie chciałem go w pełni, czy byłem gotów przyjąć część... Albo te nic. Wzruszyłem ramionami, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok, dokładnie na mieniące się w słabym świetle stroje. - A on...? On wie? - dodałem przyciszonym głosem, jakby zachrypniętym. Miałem na myśli Raziela, ale nie byłem w stanie tak lekko o nim mówić, głośno mówić, przyznawać się na każdym kroku do jego istnienia. Ciekaw jednak byłem, w jaki sposób on przyjął do wiadomości, że Flynn miał też innych... Pewnie lekko, skoro oboje wyszli spod spódnicy Fontaine. W takim przypadku, może sam powinienem się do niej zgłosić na bycie sługą szanownej jędzy? Nauczyłaby mnie trochę uczuciowej elastyczności.
Ale to było głupie. Ech.