Przyglądała się feniksowi… I dopiero po chwili dotarło do niej, że to żaden kurczak czy indyk, a Fuego. Po chwili oderwała od niego spojrzenie i rozejrzała się po okolicy tarasu. Nigdzie jednak nie było widać żadnych jego pięknych piór. Próbowała się też cofnąć pamięcią, czy gdy siedzieli w garderobie Laurenta, to czy było coś słychać… cokolwiek. Ale nie było. Ani basowych szczeknięć Dumy, ani w zasadzie nic. Kobieta wzięła się pod boki i zrobiła kilka kroków przez taras, zaglądając w ogród Laurenta, szukając tam czegokolwiek.
I nie było tam niczego.
– Mogę zostać gdzieś doo… dwudziestej trzeciej – odparła, wracając się do Laurenta. Zatrzymawszy się, spojrzała pod nogi, gdzie przydeptała kartkę, która chwilę wcześniej przyklejona była do ciałka feniksa i schyliła się, by ją podnieść, a teraz przyjrzeć się i jej. – Może być? Nie wiem ile ci zejdzie z randką, i nie chcę cię pospieszać… W razie czego, jeśli chcesz, to mogę go zabrać do siebie. Luna i Kwiatuszek na pewno go ze mną przypilnują. Posiedzi sobie przy palmach – z tego co kojarzyła, to feniksy występowały naturalnie w którychś krajach Afryki i Azji, więc może palmy, a miała dwie wielkie donice z palmami (i inne dziwaczne rośliny, jakie trzymała u siebie), by mu pasowały? Oczywiście nie chciała go zabierać na siłę, jeśli Laurent by sobie tego nie życzył, ale jeśli chciał, by ktoś miał na niego oko… to mogła go u siebie przetrzymać, żeby i Laurent się nie stresował na randce.
Przyjrzała się pismu na kartce, słowom… Ale nic jej to nie mówiło, spojrzała jeszcze tylko na oskubanego feniksa i znowu na kartkę.
– Masz jakichś wrogów? – zapytała… spokojnie. Spokojnie, jak to ona, studiując napis. – Albo ktoś cię wyjątkowo nie lubi? Bo to wygląda albo jak ostrzeżenie, albo jak wyjątkowo złośliwy… no nie, kawał to nie może być – myślała na głos. – „Gotowy na rosół” – przeczytała jeszcze i głośniej wypuściła powietrze nosem. – Jeśli to kawał, to przysięgam, jak znajdę tego śmieszka, to mu nakopię – och gdyby tylko wiedziała… Przyjęła zaraz w ramiona zawiniętego w ręcznik ptaka, pozwalając mu się w siebie wtulić i czekała, aż Laurent wróci, a wpadł jak strzała do swojego domu. Słyszała tylko jego miarowe i nerwowe tuptanie jego butów, a w kocu wyleciał z powrotem pod drzwi i Victoria przekazała mu skulonego feniksa, najdelikatniej jak potrafiła.
– Ale czemu ty mnie w ogóle przepraszasz? Nie przepraszaj – to tak się czuł Sauriel, kiedy Victoria wyrzucała z siebie potok „przepraszam”? Ale wtedy faktycznie czuła się winna, a tutaj winy Laurenta nie było żadnej. – Idę, idę, jasne, że idę. Mam nas teleportować? Powiedz tylko gdzie – wiedziała, że Laurent teleportować się nie potrafi… ale ona to umiała i nie chwaląc się, uważała, że naprawdę bardzo dobrze. Mogła więc skrócić tę całą podróż, ominąć lot powozem, skok kominkiem… Jeśli tylko Laurent chciał, oczywiście.