04.06.2024, 21:50 ✶
Część I: Namioty za sceną
Fleamont staje się Edgem
Fleamont staje się Edgem
Flynn zadzierał głowę, wpatrując się w swojego brata i słuchając wypowiedzi, która miała na zawsze odmienić to, w jaki sposób postrzegać będzie Jima Bella. Wariat, kompletny wariat, wszyscy to o nim wiedzieli, powinni go zamknąć w lecznicy, ale z jakiegoś powodu zamknęli go w cyrku, tylko ktoś zapomniał domknąć drzwiczki bezpiecznej klatki i wymykał się na zewnątrz. Łatwo było zgubić gdzieś po drodze myślenie o nim w pełni poważnie, a tu nagle mówił coś, co miało aż za dużo sensu, co rezonowało z jego duszą, jakby wszechświat chciał mu dobitnie przypomnieć o odsuniętym na dalszy plan znaczeniu słowa rodzina. Wielu było ludzi, których jako Crow chciał w jakiś sposób chronić. Zawdzięczało mu swoje życie dziesiątki wyrzutków i ludzi zagubionych, których nie byłby w stanie zabić za żadne skarby oferowane mu przez Fontaine. Wolał ją okłamywać i zwodzić, chociaż byli dla niego obcymi ludźmi. Skąd to się w nim wzięło? Stąd? Odwdzięczał się światu za to, że tych dwadzieścia parę lat temu Tully nie dał mu zdechnąć z głodu na brudnej i mokrej alejce, której nie potrafił wyrzucić ze swojej głowy do dzisiaj? Nie, nigdy nie odczuwał tego jak spłaty zadłużenia. On to nazywał byciem człowiekiem. Tę potrzebę naprawiania świata, uczynienia go odrobinę mniej okropnym, nie do zniesienia miejscem. I widział to - przerażenie w oczach każdego, kto wsiadał na pokład statku płynącego na Kontynent. Niedowierzanie, że za porażki, przekręty i złe decyzje, mogła czekać ich jakaś druga szansa, a nie cios nożem pod żebra. Nie potrafili tego zrozumieć. On nikomu innemu o tym nie mówił, bo nie potrafił pokazywać swoich słabości, ale kto go znał prawdziwie musiał wiedzieć - że ten chłopak wcale nie nadawał się na wielkiego i złego oprycha - był delikatny, rzewliwy, wzruszało go wiele rzeczy, do jakich się nie przyznawał i co najważniejsze - lubił być bohaterem, nawet jeżeli sam tego nie zauważał. Bo wychowali go bohaterowie.
- Otworzyłeś mi tym oczy na coś bardzo ważnego - przyznał z wielkim trudem, bo głos przyćmiła mu głęboka, ciążąca na nim tęsknota. - Dziękuję. - Podobało mu się to - jego anioł stróż. I chociaż faktycznie nie mogło go tutaj dzisiaj być, Flynn nie miał nawet jak powiedzieć mu, jak bardzo chciałby go tutaj dziś zobaczyć... taka nadzieja w nim zapłonęła, że gdziekolwiek teraz był, poczuje w ciele ciepło. Był w końcu tak samo ważny dla Edga, jak ważny był dla tego, który go wykreował. Dla mężczyzny zakładającego na wysmarowane czarnym cieniem oczy, czarną, ponurą maskę - niepasującą do wesołego i kolorowego kiermaszu, ale pomagającą mu się schować. Zza niej nikt nie widział, jak bardzo przerażony był każdym ruchem. Mógł stać się kimś innym, ale to nie miało znaczenia, prawda? Niezależnie od formy, jaką przyjmował, jego uczucia się nie zmieniały.
- Zaraz, co?! - Zawyło to dziecko, kiedy dotarło do niego, kogo właściwie widziało w tym namiocie. Kto... dał mu oblizanego wcześniej lizaka i szeleszcząc czarną peleryną, skierował swoje kroki w kierunku sceny. To jednak nie był jakiś zwykły frajer, to był The Edge!!
Część II: Scena i za sceną
Przygotowania do występu
Przygotowania do występu
Kiedy cyrkowcy w pośpiechu szykowali się do występu, wolontariusze gestami zaprosili bliżej osoby, które podniosły ręce.
- Idealnie trójka! - Niziutka dziewczyna zaklaskała w dłonie, zapraszając do siebie Norę, Laurenta i Peppę. Wprowadziła ich na scenę, a następnie sprowadziła z niej, ale tym zejściem, które prowadziło do odgrodzonej strefy. - Oh jak pięknie wyglądacie, jak się cieszę, że tu jesteście. Pani Noro!! - Cmoknęła powietrze. Figg mogła kojarzyć ją jako jedną ze swoich stałych klientek. - Słuchajcie, ja was muszę spryskać, żebyście nie zajęli się ogniem od rekwizytów, a później pójdziecie do mojej koleżanki Phillys - wskazała wam ją palcem - i dowiecie się więcej o swoich rolach. Wyjdziecie na scenę, odegracie to, najlepiej jak potraficie, a później zejdziecie tutaj, gdzie teraz stoimy. Tam o - wskazała palcem barierki - możecie bezpiecznie wyjść, nie przeciskając się niepotrzebnie przez tłum pod sceną.
To powiedziawszy, faktycznie spryskała ich jakąś substancją, wcześniej prosząc o zamknięcie oczu i ust. Po skierowaniu się do Phyllis usłyszeliście, że kolejność waszego wychodzenia na scenę będzie losowa, a ręce do zaklętego kapelusza wkładaliście w narzuconej przez nią kolejności. Pierwsza była Nora, która wylosowała szczura, druga Peppa, która wylosowała psa, a ostatni Laurent - jemu musiała przypaść ostatnia już karteczka i okazała się mieć obrazek kotka. Phillys przekazała wam kilka dodatkowych informacji na uszko. Niestety musieliście oglądać przedstawienie od boku, ale miało to swoje zalety - widzowie nie mogli tego zobaczyć, ale wy tak - Edga wychodzącego z namiotu z wypiętą piersią, idącego przed siebie tak dumnie, jakby nie topił się właśnie od tremy, zmierzającego w kierunku schodów i nagle... kompletnie wypadającego z roli, bo was zauważył.
- T-to jest ta trójka? - Zapytał wolontariuszki nieco nerwowo, a ona zmieszana pokiwała głową. - Cóż... - Podszedł do nich, żeby się chociaż przywitać. Wpierw z Norą, którą delikatnie objął ramieniem, później zrobił to samo z Laurentem, a na końcu pochylił się przed Peppą wystawiając rękę, żeby podała mu swoją dłoń. Jeżeli to zrobiła - pocałował jej wierzch. Jeżeli nie - skinął do niej głową i odszedł w swoją stronę. Odetchnął dwa razy i znów stał prosto. Miał nadzieję, że wyszedł na chłodnego. Nikt nie domyśli się, że po tym „cóż” nie dodał już nic, bo mu głos ugrzązł w gardle, prawda?
Część III: Scena
Początek występu
Początek występu
Pozafabularnym słowem wstępu: Edge tańczy do tej piosenki, a taniec w filmiku jest moją inspiracją do tego jak Edge tańczy i porusza się na scenie. Jeżeli ktoś ma problem z wyobrażeniem sobie takich występów (szczególnie że ja się na opisach ruchów i wykopów nie skupiam wcale, interesują mnie emocje), albo po prostu chce podłapać klimat - przed lekturą obejrzyjcie filmik.
Występy niesamowitego akrobaty, którego Londyn poznał pod pseudonimem The Edge, zawsze zawierały w sobie jakieś historie. Opowieści sprzedawały się przecież najlepiej - taniec, chociaż piękny i wzbudzał emocje, nie przywiązywał do siebie ludzi aż tak mocno jak idąca za nim opowieść, z której elementami mogli się utożsamić. Monotematyczność ciągnącego się w jego występach motywu miłości wynikała z dwóch rzeczy. Po pierwsze - Alexander ciągle narzekał na pieniądze, a miłość sprzedawała się najlepiej. Po drugie - nie było w tym mieście człowieka, który miłość odczuwałby intensywniej niż Flynn Bell. Miłość sterowała jego życiem, jego duszą, jego przeznaczeniem i sztuką, jaką tworzył (oczywiście gdyby go o to zapytać zapierałby się rękoma i nogami, że artystą nie jest) i pewnie każdym innym aspektem jego egzystencji.
Jego aura płonęła soczystą czerwienią. Pewnie by mu się spodobała - wielka szkoda, że nie mógł jej dostrzec. Odziany był jak zawsze w obcisłe czarne spodnie, bo w nich najlepiej było widać, jak dobrze potrafił się poruszać. On pozwalał muzyce płynąć przez swoje ciało - giętki jakby nie miał kości, pełny namiętności i erotyzmu, posiadający w sobie wiele sprzeczności - bo ociekał agresją i wrażliwością. A do tego przerażony jak nigdy wcześniej.
Pojawił się na deskach sceny wraz z pierwszymi nutami melodii lecącej z głośników, w chmurze dymu, wykonując delikatny piruet. Kilka pierwszych ruchów przy zaklętym lustrze, którego odgrywana przez niego postać wydawała się bać, były wstępem do przekazu, że główny bohater miał do siebie jakiś wielki żal. Wewnętrzną rozpacz próbował przekuć w różne zajęcia, ale czegokolwiek się chwytał... stawało w żywym ogniu. Unikanie goniących go zewsząd płomieni, które sam wzniecił, stawało się coraz bardziej męczące, ale kiedy muzyka ucichła, a on wykonywał powolne ruchy sugerujące, że powoli odpływa do swojego świata w ucieczce przed konsekwencjami - następuje wybuch. Muzyka wraca, przyspiesza, ale nie bardziej niż rytm bicia serca dającego akrobatyczne popisy Flynna. Jasnym staje się, że ten ogień zaczyna go pożerać - wcześniejszy taniec był ostrożną zabawą, ten staje się silnymi, zdecydowanymi ruchami człowieka igrającego z morderczym żywiołem, od wielu miesięcy kojarzącym się czarodziejom Londynu źle. Ogień ich przerażał, Bellowie dobrze to wiedzieli, ogień dający oczyszczenie stał się wrogiem po sabatach, na których ludzi dotknęło widmo śmierci.
Postać traci elementy, które ją wcześniej definiowały. Peleryna odlatuje, znika w niebycie. Biała koszula jest teraz poszarpana, zniszczona, rozpięta. Eksponuje wysmarowane czarną farbą ciało. Nie ma już miecza, z którym tu przyszła na scenę. Bo liczy się tylko ogień - płomienie, z którymi można tańczyć, przyciągające wzrok, tworzące nad Pokątną fantazyjne wzory, bo Fantasmagoria podeszła do tego z pompą - taneczny układ na kilkanaście sekund traci na znaczeniu, kiedy wszyscy zachwycają się niezwykłym widowiskiem, popisem człowieka, dotkniętego znamieniem klątwy. Szaleństwo postaci staje się coraz bardziej widoczne - Edge uśmiecha się szeroko, bujając się na boki jak ktoś rozbawiony czymś, czym nie powinien być rozbawiony. Tańczy dalej, ale jego ruchy stają się coraz bardziej nonszalanckie. Ten ogień już nie tylko zachęca do zabawy, staje się jego częścią, zaczyna go definiować.
Czy cokolwiek zdoła go uratować?
Oh każdy widz, który odwiedził niegdyś Fantasmagorię, wiedział, że mógł to zrobić jedynie pocałunek prawdziwej miłości. Pokątna płonęła, ale to był pożar kontrolowany, zabawo trwaj!
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.