04.06.2024, 21:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2024, 22:24 przez Lorraine Malfoy.)
Południowe stragany
– Brawo, następnym razem możesz nie trzymać mamusi za rączkę – odezwała się szyderczo Lorraine, obdarzając towarzyszącego jej mężczyznę swym najpiękniejszym uśmiechem w chwilę po tym, jak otrząsnęła się po niespodziewanej teleportacji łącznej z dachu jednej z kamienic na uliczny bruk. Poklepała jednak Sauriela przyjaźnie po dłoni, zanim ten rozluźnił swój chwyt, w duchu dziękowała bowiem Matce, że ten nie chciał poćwiczyć salta w tył.
Bo to było tak:
No cho, pokażę ci coś romantycznego, będzie fajnie! Lorraine wysłuchała Sauriela z uprzejmym zainteresowaniem wymalowanym na twarzy, a potem, markując zamyślenie, uniosła palec do ust, i zatrzymała go tam, udając, że przedstawiona przez Czarnego Kota propozycja wymaga dłuższego namysłu. Czy to coś, to twoja skrytka w Gringottcie?, spytała podejrzliwie, ze śmiertelną powagą w głosie. A potem błysnęła drapieżnie zębami. Czy może twojego starego? Tak sobie wtedy pomyślała, ale nie powiedziała, bo nie była nastoletnim chłopcem Bandy Borgina, żeby wysługiwać się w każdej możliwej sytuacji tą ripostą.
No cho, pokażę ci coś romantycznego, będzie fajnie! Lorraine przewróciła oczami. Takie bajeczki, to sobie możesz Stanleyowi opowiadać. Tak sobie wtedy pomyślała, ale nie powiedziała, bo smutno było przypominać, że ich przyjaciel i wspólnik zarazem, na corocznym jarmarku z okazji święta Lammas się nie pojawi – chyba, że Lestrange się spręży, i zmieni Borginowską mordkę na odrobinę mniej zakazaną, ale pewnie też i mniej przystojną, coby ten nadmiernej uwagi na siebie nie zwracał – bo był poszukiwany przez cały Departament Przestrzegania Prawa, za winy realne (dostarczenie poczty) i urojone (morderstwo Greybacka).
No cho, pokażę ci coś romantycznego, będzie fajnie! Lorraine westchnęła słodko, i poddała się prośbie czającej się na dnie hipnotyzujących czarnych oczu Sauriela. Panorama Nokturnu jest dalece bardziej romantyczna, rzuciła wyniośle w stronę Rookwooda, z zainteresowaniem przyglądając się z góry dziwnej panice, której epicentrum zdawało się mieć miejsce przy jednym z południowych stoisk. Nic tak nie rozpala w kobiecie pożądania jak widok na slumsy kanał spływający fekaliami, tak sobie wtedy pomyślała, ale nie powiedziała, bo jeszcze by ją naprawdę zabrał na jakichś nokturński dach, w jakimś swoim porywie rycerskości, i potem musiała by się tłumaczyć Maeve, dlaczego znowu za sierściuchami się po dachach ugania na złamanie karku.
Lorraine sama zadała sobie to pytanie, kiedy razem z Saurielem (pardon, Lordem Ciemności) teleportowali się z tego dachu na łeb na szyję. Kiedy razem z Saurielem wyszli z zaułka, zaczęła rozglądać się po terenie jarmarku, próbując zorientować się, w to który to dokładnie punkt przeniósł ich Rookwood, porównując zagospodarowanie przestrzenne otoczenia z widokiem podziwianym chwilę wcześniej z kociej perspektywy.
– Zanim zdążysz obstawić zakład, który wygra – albo podwinąć portfel bukmacherowi – brygada uderzeniowa rozgoni całe towarzystwo – stwierdziła znudzonym tonem, kompletnie nieporuszona “naparzaniem się”. Niespecjalnie interesowały ją publiczne burdy, ale zamieszanie dopiero zaczynało wygasać, więc naturalnie zaciekawiła ją sytuacja.
Już chciała pociągnąć Rookwooda w tamtą stronę nagle, puchata, niebieska istotka, ni stąd ni zowąd wskoczyła w ramiona mężczyzny, i oboje na chwilę trochę zapomnieli o świecie dookoła, a przynajmniej Lorraine, która była zachwycona zwierzakiem, i jednocześnie nieco zatroskana, bo to niebieskie futerko musiało być chyba wynikiem jakiegoś nietrafionego czaru... Ale zaraz pojawiła się właścicielka zwierzaka.
Co za spotkanie, no proszę.
– To twój kot? – powtórzyła niewinnie po Victorii Lestrange. – To niebieskie pieścidełko, czy ten pospolity czarny dachowiec? Oba? A który nazywa się “Kwiatuszek”, a który “Sauriel”? – Lorraine bawiła się doskonale, a w jej głosie słychać było szczere rozbawienie. Kompletnie zignorowała ewentualne protesty Sauriela. – Dlaczego uciekasz swojej pani? – spytała z przyganą w głosie jednego i drugiego kota, nie czekając nawet na odpowiedź Victorii. – Życie ci niemiłe?
Błysnęła zębami w drapieżnym uśmiechu, a w jej głosie czaiła się ironiczna słodycz, dobrze znana Rookwoodowi: Lorraine lubiła prowokować, a choć bladych policzków Sauriela nie mógł pokryć pąsowy rumieniec, miło byłoby popatrzeć, jak się skręca w środku. Choć najbardziej zakłopotaną osobą wydała się teraz panna Lestrange, która przesyłała tutaj jakieś ostrzegawcze tony, jakby to była winna Lorraine, że nie umie upilnować swojego zoo. :gnije:
Nie miała wcześniej okazji przyjrzeć się Victorii Lestrange z bliska. Zimne, uważne spojrzenie Lorraine przesunęło się po twarzy pani auror, której zdjęcie często pojawiało się w gazetach, czy to w powiązaniu z Biurem Aurorów, czy w związku z matrymonialnymi ploteczkami.
A ten Sauriel to dalej żył z nią na kocią łapę, czy poszedł po rozum do głowy, i się ustatkował? Musiała zapytać Stanleya, bo od pana Narzeczonego-Nie-Narzeczonego niczego nie szło się dowiedzieć, choć kiedy pierwszy raz nazwisko Lestrange padło w rozmowie, zachował się w sposób, który zdradzał silne przywiązanie względem Victorii, a to w przypadku Rookwooda znaczyło więcej niż tysiąc słów.
Lorraine uśmiechnęła się do kobiety.
Lestrange nie miała na sobie umundurowania, czy to znaczy, że nie była dziś na służbie? Lorraine nie miała pewności, bo Atreusa w mundurze to widziała chyba tylko raz, jak już go dostał, bo resztę czasu latał z odznaką, a taki Alastor Moody to chyba munduru nie zdejmował, bo w takim wydaniu pojawił się nawet po godzinach w Necronomiconie.
– Victorio, wiesz może, o co to całe zamieszanie? – spytała Lorraine, podchodząc nieco bliżej do kobiety, tak, żeby stali w grupce, i mogli swobodnie rozmawiać, nie zważając na panujący dookoła rozgardiasz. Nie zamierzała przecież udawać, że jej nie zna. – Ktoś za ostro negocjował ceny dewocjonaliów?
Odwróciła się, gwałtownie zamiatając powietrze włosami, kiedy do jej uszu dotarła rozbrzmiewającą ze sceny muzyka. Występ cyrkowców tak wcześnie? Wspięła się na palce, by dostrzec jak najwięcej z majaczącej w oddali sceny, którą nieco zasłaniali jej zgromadzeni na kiermaszu ludzie. Jak pięknie, pomyślała, czując jak serce szybciej bije jej w piersi – był w tym występie pewien erotyzm, magnetyczne przyciąganie, jak w kompozycjach Degenhardta, bo nie potrafiła przez chwilę oderwać oczu od sceny – kiedy zachwycający The Edge tańczył, a wokół niego szalał ogień.
– Brawo, następnym razem możesz nie trzymać mamusi za rączkę – odezwała się szyderczo Lorraine, obdarzając towarzyszącego jej mężczyznę swym najpiękniejszym uśmiechem w chwilę po tym, jak otrząsnęła się po niespodziewanej teleportacji łącznej z dachu jednej z kamienic na uliczny bruk. Poklepała jednak Sauriela przyjaźnie po dłoni, zanim ten rozluźnił swój chwyt, w duchu dziękowała bowiem Matce, że ten nie chciał poćwiczyć salta w tył.
Bo to było tak:
No cho, pokażę ci coś romantycznego, będzie fajnie! Lorraine wysłuchała Sauriela z uprzejmym zainteresowaniem wymalowanym na twarzy, a potem, markując zamyślenie, uniosła palec do ust, i zatrzymała go tam, udając, że przedstawiona przez Czarnego Kota propozycja wymaga dłuższego namysłu. Czy to coś, to twoja skrytka w Gringottcie?, spytała podejrzliwie, ze śmiertelną powagą w głosie. A potem błysnęła drapieżnie zębami. Czy może twojego starego? Tak sobie wtedy pomyślała, ale nie powiedziała, bo nie była nastoletnim chłopcem Bandy Borgina, żeby wysługiwać się w każdej możliwej sytuacji tą ripostą.
No cho, pokażę ci coś romantycznego, będzie fajnie! Lorraine przewróciła oczami. Takie bajeczki, to sobie możesz Stanleyowi opowiadać. Tak sobie wtedy pomyślała, ale nie powiedziała, bo smutno było przypominać, że ich przyjaciel i wspólnik zarazem, na corocznym jarmarku z okazji święta Lammas się nie pojawi – chyba, że Lestrange się spręży, i zmieni Borginowską mordkę na odrobinę mniej zakazaną, ale pewnie też i mniej przystojną, coby ten nadmiernej uwagi na siebie nie zwracał – bo był poszukiwany przez cały Departament Przestrzegania Prawa, za winy realne (dostarczenie poczty) i urojone (morderstwo Greybacka).
No cho, pokażę ci coś romantycznego, będzie fajnie! Lorraine westchnęła słodko, i poddała się prośbie czającej się na dnie hipnotyzujących czarnych oczu Sauriela. Panorama Nokturnu jest dalece bardziej romantyczna, rzuciła wyniośle w stronę Rookwooda, z zainteresowaniem przyglądając się z góry dziwnej panice, której epicentrum zdawało się mieć miejsce przy jednym z południowych stoisk. Nic tak nie rozpala w kobiecie pożądania jak widok na slumsy kanał spływający fekaliami, tak sobie wtedy pomyślała, ale nie powiedziała, bo jeszcze by ją naprawdę zabrał na jakichś nokturński dach, w jakimś swoim porywie rycerskości, i potem musiała by się tłumaczyć Maeve, dlaczego znowu za sierściuchami się po dachach ugania na złamanie karku.
Lorraine sama zadała sobie to pytanie, kiedy razem z Saurielem (pardon, Lordem Ciemności) teleportowali się z tego dachu na łeb na szyję. Kiedy razem z Saurielem wyszli z zaułka, zaczęła rozglądać się po terenie jarmarku, próbując zorientować się, w to który to dokładnie punkt przeniósł ich Rookwood, porównując zagospodarowanie przestrzenne otoczenia z widokiem podziwianym chwilę wcześniej z kociej perspektywy.
– Zanim zdążysz obstawić zakład, który wygra – albo podwinąć portfel bukmacherowi – brygada uderzeniowa rozgoni całe towarzystwo – stwierdziła znudzonym tonem, kompletnie nieporuszona “naparzaniem się”. Niespecjalnie interesowały ją publiczne burdy, ale zamieszanie dopiero zaczynało wygasać, więc naturalnie zaciekawiła ją sytuacja.
Już chciała pociągnąć Rookwooda w tamtą stronę nagle, puchata, niebieska istotka, ni stąd ni zowąd wskoczyła w ramiona mężczyzny, i oboje na chwilę trochę zapomnieli o świecie dookoła, a przynajmniej Lorraine, która była zachwycona zwierzakiem, i jednocześnie nieco zatroskana, bo to niebieskie futerko musiało być chyba wynikiem jakiegoś nietrafionego czaru... Ale zaraz pojawiła się właścicielka zwierzaka.
Co za spotkanie, no proszę.
– To twój kot? – powtórzyła niewinnie po Victorii Lestrange. – To niebieskie pieścidełko, czy ten pospolity czarny dachowiec? Oba? A który nazywa się “Kwiatuszek”, a który “Sauriel”? – Lorraine bawiła się doskonale, a w jej głosie słychać było szczere rozbawienie. Kompletnie zignorowała ewentualne protesty Sauriela. – Dlaczego uciekasz swojej pani? – spytała z przyganą w głosie jednego i drugiego kota, nie czekając nawet na odpowiedź Victorii. – Życie ci niemiłe?
Błysnęła zębami w drapieżnym uśmiechu, a w jej głosie czaiła się ironiczna słodycz, dobrze znana Rookwoodowi: Lorraine lubiła prowokować, a choć bladych policzków Sauriela nie mógł pokryć pąsowy rumieniec, miło byłoby popatrzeć, jak się skręca w środku. Choć najbardziej zakłopotaną osobą wydała się teraz panna Lestrange, która przesyłała tutaj jakieś ostrzegawcze tony, jakby to była winna Lorraine, że nie umie upilnować swojego zoo. :gnije:
Nie miała wcześniej okazji przyjrzeć się Victorii Lestrange z bliska. Zimne, uważne spojrzenie Lorraine przesunęło się po twarzy pani auror, której zdjęcie często pojawiało się w gazetach, czy to w powiązaniu z Biurem Aurorów, czy w związku z matrymonialnymi ploteczkami.
A ten Sauriel to dalej żył z nią na kocią łapę, czy poszedł po rozum do głowy, i się ustatkował? Musiała zapytać Stanleya, bo od pana Narzeczonego-Nie-Narzeczonego niczego nie szło się dowiedzieć, choć kiedy pierwszy raz nazwisko Lestrange padło w rozmowie, zachował się w sposób, który zdradzał silne przywiązanie względem Victorii, a to w przypadku Rookwooda znaczyło więcej niż tysiąc słów.
Lorraine uśmiechnęła się do kobiety.
Lestrange nie miała na sobie umundurowania, czy to znaczy, że nie była dziś na służbie? Lorraine nie miała pewności, bo Atreusa w mundurze to widziała chyba tylko raz, jak już go dostał, bo resztę czasu latał z odznaką, a taki Alastor Moody to chyba munduru nie zdejmował, bo w takim wydaniu pojawił się nawet po godzinach w Necronomiconie.
– Victorio, wiesz może, o co to całe zamieszanie? – spytała Lorraine, podchodząc nieco bliżej do kobiety, tak, żeby stali w grupce, i mogli swobodnie rozmawiać, nie zważając na panujący dookoła rozgardiasz. Nie zamierzała przecież udawać, że jej nie zna. – Ktoś za ostro negocjował ceny dewocjonaliów?
Odwróciła się, gwałtownie zamiatając powietrze włosami, kiedy do jej uszu dotarła rozbrzmiewającą ze sceny muzyka. Występ cyrkowców tak wcześnie? Wspięła się na palce, by dostrzec jak najwięcej z majaczącej w oddali sceny, którą nieco zasłaniali jej zgromadzeni na kiermaszu ludzie. Jak pięknie, pomyślała, czując jak serce szybciej bije jej w piersi – był w tym występie pewien erotyzm, magnetyczne przyciąganie, jak w kompozycjach Degenhardta, bo nie potrafiła przez chwilę oderwać oczu od sceny – kiedy zachwycający The Edge tańczył, a wokół niego szalał ogień.