04.06.2024, 21:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.06.2024, 08:31 przez Perseus Black.)
Nie odpowiedział mu od razu. Nie dlatego, że nie nie znał odpowiedzi na nurtujące go pytanie i musiał się przez chwilę nad nim zastanowić - wręcz przeciwnie, Perseus wiedział nazbyt dobrze, co powinien rzec i przez chwilę walczył ze swoim ego, które nakazywało mu pokazywać się Laurentowi w jak najlepszym świetle. Lecz on nie chciał jaskrawych kłamstw, nie chciał budować tej relacji (tego cokolwiek, co między nimi się działo) na pozorach. Wychodził z założenia, że znacznie lepszy był smolisty brud prawdy, niż złoto i marmury łgarstwa.
— Cały czas — głos miał cichy, przytłumiony, jakby ktoś zdusił tlącą się w nim iskrę — Lubię, kiedy mogę sprawić, że inni się uśmiechają. Te wszystkie… drobne niedogodności nie są dużą ceną w zamian za czyjąś radość, nie uważasz?
Smutek zalśnił w onyksowych oczach, odwrócił więc spojrzenie. To z niego się śmiali, nie z nim, to z niego robiono sobie żarty, nie z nim. Czasami leżąc w łóżku i wpatrując się w sufit rozmyślał o tym, by cofnąć się w czasie i nie popełnić błędów, które doprowadziły go do tego miejsca - zachować poważne milczenie w pewnych sytuacjach, ugryźć się w język, nie uśmiechać się, kiedy go opluwano i nie obracać wszystkiego w żart, a przede wszystkim nigdy nie ujawniać się ze swoim osobliwym poczuciem humoru. Czy to nie ono sprawiło, że wiosną omal nie zginął? Nawet teraz, w dniu, który miał zapisać się w jego pamięci jako najszczęśliwszy dzień w jego życiu, usłyszał tak wiele gorzkich słów wypowiadanych przez ludzi, którzy sądzili, że ich nie słyszy lub też nie obchodziło ich to, czy ich złośliwe komentarze dotrą też do jego uszu.
Był przecież zwykłym głupcem. Arlekinem tej komedii. I nie miał w sobie dość sił, aby próbować się stawiać; chciał jedynie, aby to wszystko się skończyło - ten dzień, ten rok, to życie…
— Niektóre istoty nie potrzebują światła — odparł wymijająco, bo nie chciał się przyznawać do tego, że on nie był jedną z nich. Znów zakładał czarną maskę i strój uszyty z trójkątów i zabawiał publiczność, zapominając o swoich własnych potrzebach. Ale przy Laurencie było inaczej, zdawało mu się, że nikt inny nie jest w stanie go bardziej zrozumieć - pozostawało mieć mu tylko nadzieję, że on także nie zmusza się do niczego w towarzystwie Perseusa.
Przyciągnął go do siebie, jednocześnie delikatnie i gwałtownie, poczuł jego ciepłe ciało napierające na jego własne, splatające się w uścisku palce i oddechy dołączające do siebie w unisonie. Poprowadził jego prawą dłoń na swoje ramię, jego własna po chwili spoczęła na jego talii. Poruszał się powoli, nie do taktu, myląc kroki - och, nietrudno było je zmylić, kiedy spojrzenie Laurenta tak łatwo go rozpraszało.
— Dlaczego nie przyszedłeś na Beltane? — zapytał ochryple, a w jego głosie wybrzmiewało vibrato tylko jemu znanej pretensji. Przebacz mi, Matko, bo zgrzeszyłem.
— Cały czas — głos miał cichy, przytłumiony, jakby ktoś zdusił tlącą się w nim iskrę — Lubię, kiedy mogę sprawić, że inni się uśmiechają. Te wszystkie… drobne niedogodności nie są dużą ceną w zamian za czyjąś radość, nie uważasz?
Smutek zalśnił w onyksowych oczach, odwrócił więc spojrzenie. To z niego się śmiali, nie z nim, to z niego robiono sobie żarty, nie z nim. Czasami leżąc w łóżku i wpatrując się w sufit rozmyślał o tym, by cofnąć się w czasie i nie popełnić błędów, które doprowadziły go do tego miejsca - zachować poważne milczenie w pewnych sytuacjach, ugryźć się w język, nie uśmiechać się, kiedy go opluwano i nie obracać wszystkiego w żart, a przede wszystkim nigdy nie ujawniać się ze swoim osobliwym poczuciem humoru. Czy to nie ono sprawiło, że wiosną omal nie zginął? Nawet teraz, w dniu, który miał zapisać się w jego pamięci jako najszczęśliwszy dzień w jego życiu, usłyszał tak wiele gorzkich słów wypowiadanych przez ludzi, którzy sądzili, że ich nie słyszy lub też nie obchodziło ich to, czy ich złośliwe komentarze dotrą też do jego uszu.
Był przecież zwykłym głupcem. Arlekinem tej komedii. I nie miał w sobie dość sił, aby próbować się stawiać; chciał jedynie, aby to wszystko się skończyło - ten dzień, ten rok, to życie…
— Niektóre istoty nie potrzebują światła — odparł wymijająco, bo nie chciał się przyznawać do tego, że on nie był jedną z nich. Znów zakładał czarną maskę i strój uszyty z trójkątów i zabawiał publiczność, zapominając o swoich własnych potrzebach. Ale przy Laurencie było inaczej, zdawało mu się, że nikt inny nie jest w stanie go bardziej zrozumieć - pozostawało mieć mu tylko nadzieję, że on także nie zmusza się do niczego w towarzystwie Perseusa.
Przyciągnął go do siebie, jednocześnie delikatnie i gwałtownie, poczuł jego ciepłe ciało napierające na jego własne, splatające się w uścisku palce i oddechy dołączające do siebie w unisonie. Poprowadził jego prawą dłoń na swoje ramię, jego własna po chwili spoczęła na jego talii. Poruszał się powoli, nie do taktu, myląc kroki - och, nietrudno było je zmylić, kiedy spojrzenie Laurenta tak łatwo go rozpraszało.
— Dlaczego nie przyszedłeś na Beltane? — zapytał ochryple, a w jego głosie wybrzmiewało vibrato tylko jemu znanej pretensji. Przebacz mi, Matko, bo zgrzeszyłem.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory