06.06.2024, 22:28 ✶
Stoi w sali bankietowej z Lorraine, Ambrosią i Jagodą, później dołącza do niego Elliott a Lorraine się ulatnia.
Mimowolnie skrzywił się pod wpływem goryczy ginu, która zdawała się w niezmienionej formie przenikać do jego krwiobiegu. Zaciskając zęby ze złości, oderwał wzrok od Jagody i wbił go w usta Lorraine, które teraz, mimo swojego niezbywalnego wdzięku i eteryczności, wydały mu się wręcz obmierzłe. Dlaczego kuzynka patrzyła na niego w ten sposób? Dlaczego przedstawiała go takim tonem? Dlaczego była taka sarkastyczna? Zesztywniał, w milczeniu i z bladym uśmiechem słuchając kolejnych jej słów. Nie mógł zmusić się do reakcji, odpływał. Nie chciał tu być.
"Barbarzyńskie" - skurcz przebiegł po jego znudzonej twarzy. Podniósł kieliszek do ust, żeby skryć się za nim na choćby parę sekund. Lorraine była naprawdę bezczelna. Jak zwykle z resztą, ale tym razem wybitnie go to ubodło. Nie mógł zrozumieć z jakiego powodu i bardzo mu ta konfuzja ciążyła. Musiał się stąd wydostać. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wypowiedzi kuzynki będą eskalowały tylko mocniej a mocniej, aż w końcu powie coś, czego nie powinna, o czymś, czego nie rozumie.
- Oh świetnie to brzmi naprawdę. Interesująco - rzucił beznamiętnie w przestrzeń.
Gdy Jagoda zabrała głos, nareszcie zdołał wyrwać się z nieprzyjemnego toku myśli. Siłą skupił się na jej słowach, studiował jej akcent i analizował wszelkie odstępstwa od normy w jej zachowaniu. Starał się jak najszybciej nauczyć jej maniery, acz nie był pewien w jakim celu, skoro nie zamierzał jej atakować. Czuł, że coś było z nią nie tak i przez to nie był w stanie oderwać od niej oczu. Rozpoznawał w jej prezencji znajomą niezgrabność, która w pewien sposób rozczulała go, a w inny - pozwalała mu nad cudzoziemką dominować. Tak otwarcie i bezceremonialnie zrugała Lorraine, że w pierwszej chwili nie potrafił wybrać, jakie emocje powinien okazać.
Zaśmiał się sucho, niemal mechanicznie, wybitnie wyraziście wyobrażając sobie przebieg fałszywego rytuału. Tęsknił za widokiem świeżego mięsa, zwierzęce dysekcje porzuciwszy jeszcze we wieku nastoletnim. Niewiele rzeczy na tym świecie pobudzało bardziej, niż agonia umysłu obserwującego powolny rozkład tkanek swojego własnego ciała. Jakkolwiek oderwana od rzeczywistości była idea opisana przez Jagodę, znaczne upojenie Desmonda pozwalało mu bez problemu znaleźć w niej analogię do swoich doświadczeń.
- I. Wzajemnie - odparł sucho. - Byłby to dla. Mnie zaszczyt. Gdybyś. Obejrzała moje prace. Ale nie wystawiam ich nigdzie poza swoim domem. Obecnie.
Większość jego prac nie zostałaby przyjęta przez żadne szanujące się galerie. Upił kolejny łyk tego cholernego martini, czując stępione monotonią ukłucie dobrze znanego rozgoryczenia. Wiedział, że nigdy nie zdobędzie się na tak głęboki ekshibicjonizm, żeby rzeczywiście spróbować je wystawiać.
Skinął głową nadchodzącemu Elliottowi, starając się nie pokazać po sobie stresu, który natychmiast go ogarnął. Istotnie, jego fizys pozostał niewzruszony, jakkolwiek tętno stanowczo mu przyśpieszyło, gdy krył się za uprzejmym uśmiechem.
- Dobry wieczór kuzynie - mówił monotonem, którego nie był w stanie urozmaicić, mimo znaczących starań. Widział w Elliotcie skrywaną irytację, ale zupełnie nie potrafił zrozumieć, skąd się brała. Pamiętał całkiem klarownie ich ostatnie spotkanie i, cóż, był pod wrażeniem, że rozstali się w zgodzie. - Jak się masz mam. Nadzieję. Że dobrze się bawisz nawet mimo tiulu wydaje się to być przyzwoicie zorganizowane przyjęcie.
Sugestia dotycząca nieadekwatności jego stroju kompletnie przeleciała ponad jego głową, więc jedynie uśmiechnął się niemrawo na potwierdzenie dzisiejszego skwaru, o którym zapomniał, że mu przeszkadzał.
Odwrócił wzrok do Ambrosii, która właśnie się odezwała. Słuchał jej z życzliwym uśmiechem, ale prędko poczuł niesmak, że nieznajoma okazała się rzemieślniczką. Nie potrzeba było więcej ludzi usposobionych w podobnie przyziemny sposób. Sam komentarz dotyczący rzekomego strachu Perseusa przed rychłą śmiercią niewiele go wzruszył, bo słyszał go już dziś dobre kilkanaście razy.
Żart Lorraine o manierach i seksie skwitował niezręcznym uśmiechem, spojrzeniem szukając oczu wydrwionej właśnie Jagody, która nieoczekiwanie zmieniła swoją formę na jeszcze niższą, niż wcześniej. Zmieszany wyciągnął różdżkę zza pazuchy i wymamrotał zaklęcie, które miało uwolnić ją z formy przerośniętego, cuchnącego gryzonia. Niezależnie od efektu swoich starań, wypił duszkiem resztę swojego drinka.
Rozproszenie: próba odczarowania Jagody z kapibary
Mimowolnie skrzywił się pod wpływem goryczy ginu, która zdawała się w niezmienionej formie przenikać do jego krwiobiegu. Zaciskając zęby ze złości, oderwał wzrok od Jagody i wbił go w usta Lorraine, które teraz, mimo swojego niezbywalnego wdzięku i eteryczności, wydały mu się wręcz obmierzłe. Dlaczego kuzynka patrzyła na niego w ten sposób? Dlaczego przedstawiała go takim tonem? Dlaczego była taka sarkastyczna? Zesztywniał, w milczeniu i z bladym uśmiechem słuchając kolejnych jej słów. Nie mógł zmusić się do reakcji, odpływał. Nie chciał tu być.
"Barbarzyńskie" - skurcz przebiegł po jego znudzonej twarzy. Podniósł kieliszek do ust, żeby skryć się za nim na choćby parę sekund. Lorraine była naprawdę bezczelna. Jak zwykle z resztą, ale tym razem wybitnie go to ubodło. Nie mógł zrozumieć z jakiego powodu i bardzo mu ta konfuzja ciążyła. Musiał się stąd wydostać. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wypowiedzi kuzynki będą eskalowały tylko mocniej a mocniej, aż w końcu powie coś, czego nie powinna, o czymś, czego nie rozumie.
- Oh świetnie to brzmi naprawdę. Interesująco - rzucił beznamiętnie w przestrzeń.
Gdy Jagoda zabrała głos, nareszcie zdołał wyrwać się z nieprzyjemnego toku myśli. Siłą skupił się na jej słowach, studiował jej akcent i analizował wszelkie odstępstwa od normy w jej zachowaniu. Starał się jak najszybciej nauczyć jej maniery, acz nie był pewien w jakim celu, skoro nie zamierzał jej atakować. Czuł, że coś było z nią nie tak i przez to nie był w stanie oderwać od niej oczu. Rozpoznawał w jej prezencji znajomą niezgrabność, która w pewien sposób rozczulała go, a w inny - pozwalała mu nad cudzoziemką dominować. Tak otwarcie i bezceremonialnie zrugała Lorraine, że w pierwszej chwili nie potrafił wybrać, jakie emocje powinien okazać.
Zaśmiał się sucho, niemal mechanicznie, wybitnie wyraziście wyobrażając sobie przebieg fałszywego rytuału. Tęsknił za widokiem świeżego mięsa, zwierzęce dysekcje porzuciwszy jeszcze we wieku nastoletnim. Niewiele rzeczy na tym świecie pobudzało bardziej, niż agonia umysłu obserwującego powolny rozkład tkanek swojego własnego ciała. Jakkolwiek oderwana od rzeczywistości była idea opisana przez Jagodę, znaczne upojenie Desmonda pozwalało mu bez problemu znaleźć w niej analogię do swoich doświadczeń.
- I. Wzajemnie - odparł sucho. - Byłby to dla. Mnie zaszczyt. Gdybyś. Obejrzała moje prace. Ale nie wystawiam ich nigdzie poza swoim domem. Obecnie.
Większość jego prac nie zostałaby przyjęta przez żadne szanujące się galerie. Upił kolejny łyk tego cholernego martini, czując stępione monotonią ukłucie dobrze znanego rozgoryczenia. Wiedział, że nigdy nie zdobędzie się na tak głęboki ekshibicjonizm, żeby rzeczywiście spróbować je wystawiać.
Skinął głową nadchodzącemu Elliottowi, starając się nie pokazać po sobie stresu, który natychmiast go ogarnął. Istotnie, jego fizys pozostał niewzruszony, jakkolwiek tętno stanowczo mu przyśpieszyło, gdy krył się za uprzejmym uśmiechem.
- Dobry wieczór kuzynie - mówił monotonem, którego nie był w stanie urozmaicić, mimo znaczących starań. Widział w Elliotcie skrywaną irytację, ale zupełnie nie potrafił zrozumieć, skąd się brała. Pamiętał całkiem klarownie ich ostatnie spotkanie i, cóż, był pod wrażeniem, że rozstali się w zgodzie. - Jak się masz mam. Nadzieję. Że dobrze się bawisz nawet mimo tiulu wydaje się to być przyzwoicie zorganizowane przyjęcie.
Sugestia dotycząca nieadekwatności jego stroju kompletnie przeleciała ponad jego głową, więc jedynie uśmiechnął się niemrawo na potwierdzenie dzisiejszego skwaru, o którym zapomniał, że mu przeszkadzał.
Odwrócił wzrok do Ambrosii, która właśnie się odezwała. Słuchał jej z życzliwym uśmiechem, ale prędko poczuł niesmak, że nieznajoma okazała się rzemieślniczką. Nie potrzeba było więcej ludzi usposobionych w podobnie przyziemny sposób. Sam komentarz dotyczący rzekomego strachu Perseusa przed rychłą śmiercią niewiele go wzruszył, bo słyszał go już dziś dobre kilkanaście razy.
Żart Lorraine o manierach i seksie skwitował niezręcznym uśmiechem, spojrzeniem szukając oczu wydrwionej właśnie Jagody, która nieoczekiwanie zmieniła swoją formę na jeszcze niższą, niż wcześniej. Zmieszany wyciągnął różdżkę zza pazuchy i wymamrotał zaklęcie, które miało uwolnić ją z formy przerośniętego, cuchnącego gryzonia. Niezależnie od efektu swoich starań, wypił duszkiem resztę swojego drinka.
Rozproszenie: próba odczarowania Jagody z kapibary
Rzut N 1d100 - 40
Akcja nieudana
Akcja nieudana