04.06.2024, 23:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.06.2024, 08:11 przez Anthony Shafiq.)
– Kraina snów brzmi obłędnie, ale to chyba w mniejszym gronie. Nie jestem pewien, czy czcigodni goście dźwignęliby wyobrażenie tej domeny, zwłaszcza mając na względzie testowane przez was w Departamencie o onyksowych ścianach specyfiki. – W celach naukowych oczywiście, bo jakich innych? Departament Tajemnic trzymał swoje karty przy orderach, a jednak zawsze można było się dowiedzieć, jakie dobra były tam dostarczane. Dokumentacja zaopatrzenia... przyjemna lektura do poduszki od czasu do czasu.
Rozmowy trwały, bardzo lubił ich po prostu słuchać i być sobie gdzieś obok, w spokoju, w ciszy, by tylko czasem wtrącić...
– Napiszmy jakąś sztukę, czemu nie? Stać nas przecież na jej wystawienie, wynajęcie sceny. Choćby i do pustych ścian, chociażby dla kilku osób. Wolałbym w sumie amfiteatr, wiecie te czerwone obicia... – umilkł znów, sycąc się tortem zdobnym w kawałek pozłacanej podobizny wychudzonego konia. Sam sobie przydzielił wagę, tym przecież się zajmował, a nie dotykał oliwy i wina zgodnie z zapisem w księdze, która zdawała mu się raczej ciekawostką kulturową, nieprzebranym źródłem europejskich tropów mielonych przez wieki na wszystkie sposoby, aniżeli wyznacznikiem moralności czy więcej nawet – zbawienia. Lubił myśleć o porządku wyznaczanym przez różne archetypy, o tym jak pasował do niego trzeci z nich, ostatni poprzedzający nadejście Śmierci. Myśli płynęły przyjemnie a potem padły słowa, które zatrzymały łyżeczkę tuż nad kolejnym fragmentem słodkiego ciasta.
To nie było tak, że jego przyjaciele nie wiedzieli. Przed kilkoma tygodniami powiedział o dwa słowa za wiele, gdy Jonathan znalazł go w takim stanie w jakim znalazł i zaniepokojony rozesłał wiadomość do pozostałej dwójki. Wiadomość, która najprawdopodobniej nie dotarłaby nawet do Anthony'ego, gdyby nie to, że następnego dnia ściągnął niewidomego Morpheusa do siebie, do Little Hangleton, a sowy nawet magiczne, nie są zbyt mądre. Więc wiedział, że oni wiedzą. Liczył, że rozejdzie się to po kościach, gdy pojawią się inne, ciekawsze tematy. Nie spodziewał się jednak takiej ekspozycji.
Powietrze zamrowiło, czuł jak pieką go policzki, czuł drganie ścięgna na skroni. Miął w ustach ripostę, niewinne pytanie o to jak plotkowało się z Vakelem na ślubie, czy dobrze mu się rozmawiało, jak jasnowidz z jasnowidzem i czy wyjasnowidzili sobie świetlaną przyszłość. Wiedział jednak, że mówić będzie gniew, nie on, więc nie oddał emocji ni skrawka więcej, niż powierzchnia zaciśniętych zębów.
Pozwolił mu więc zanurzyć palce w winie, pozwolił się pobrudzić z pełną świadomością obojga, że ta plama będzie mu ciążyć na czole przez kolejne dni i choćby mył twarz godzinami, choćby niczym Lady Macbeth zaklinał plamę by odeszła, nawet jeśli nie była krwawa, to nie będzie mógł o jej istnieniu zapomnieć. Pozwolił mu na to i nie zezował na rękę, a patrzył na wprost, w czerń dwóch buńczucznych turmalinów, myśląc, że ich widok winien oczyszczać i uzdrawiać. Powinien dawać ujście trudnym emocjom kłębiącym się w sercu.
Tak się nie działo.
Być może tylko mu się zdawało, że wyczuł wewnątrz swej głowy woń wypalonego tytoniu podbitą kwaskowatością rozlanego wina, woń która tak bardzo kojarzyła mu się z Morpheusem. Dym, mający na celu wyłudzić wiedzę, którą Anthony pilnie strzegł, niczym smok swego skarbca w lojalności do siebie i wszystkich, którzy powierzali mu swoje sekrety. Być może tylko mu się zdawało, że dym ten jak mgła nad czarną taflą lodowatej wody, próbuje znaleźć uziemienie, przeniknąć przez gładką i nieprzeniknioną ton i ujrzeć. Poczuć. Okraść go. Być może.
– Dość. – Słowo wysmyknęło się z jego ust niby przypadkiem, choć w swej celowości było ciche i nieprzyjemnie oschłe. Zaraz po nim podniósł się odkładając nadpoczęty kawałek ciasta. I nim Morpheus zdążyłby powiedzieć choćby słowo, Anthony odwrócił się do drzwi prowadzących ku głównej części posiadłości i odszedł, nie zamierzając słuchać nic z tego co ich grupowy wróżbita miał do powiedzenia. Nie dziś. Nie w ten sposób.
Podwójne drzwi z ogrodu prowadziły wprost do wewnętrznego kwadratowego holu, który udawał atrium przez magiczny sufit imitujący brak swojego istnienia. Kafelki ułożone w szachownicę mieniły się w oczach, a olbrzymie marmurowe schody prowadziły na piętro do dwóch skrzydeł, pana i nieobecnej już pani domu. On jednak swoje kroki skierował wprost do fontanny zdobiącej sam środek tego miejsca, gdzie Urobos, ogromny wąż oplatał dwukrotnie ziemię, szykując się do jej pożarcia. Z tymże ziemia, nie była ziemią, a złocistą kulą przywodzącą bardziej na myśli słońce. Westchnął, czując że gniew ustępuje miejsca goryczy. Wino ściekało mu wąską strużką wzdłuż nosa, przez wargę po brodzie, ale nie dbał o to. Odpowiedni gest wykonany na brzegu małego, zdobnego zbiornika osuszył fontannę, odsłaniając schody do piwnicy, którymi zamierzał dostać się do jednej z komnat. Łazienka prefektów czekała, cóż, najwyraźniej będzie w niej pierwszy.
Rozmowy trwały, bardzo lubił ich po prostu słuchać i być sobie gdzieś obok, w spokoju, w ciszy, by tylko czasem wtrącić...
– Napiszmy jakąś sztukę, czemu nie? Stać nas przecież na jej wystawienie, wynajęcie sceny. Choćby i do pustych ścian, chociażby dla kilku osób. Wolałbym w sumie amfiteatr, wiecie te czerwone obicia... – umilkł znów, sycąc się tortem zdobnym w kawałek pozłacanej podobizny wychudzonego konia. Sam sobie przydzielił wagę, tym przecież się zajmował, a nie dotykał oliwy i wina zgodnie z zapisem w księdze, która zdawała mu się raczej ciekawostką kulturową, nieprzebranym źródłem europejskich tropów mielonych przez wieki na wszystkie sposoby, aniżeli wyznacznikiem moralności czy więcej nawet – zbawienia. Lubił myśleć o porządku wyznaczanym przez różne archetypy, o tym jak pasował do niego trzeci z nich, ostatni poprzedzający nadejście Śmierci. Myśli płynęły przyjemnie a potem padły słowa, które zatrzymały łyżeczkę tuż nad kolejnym fragmentem słodkiego ciasta.
To nie było tak, że jego przyjaciele nie wiedzieli. Przed kilkoma tygodniami powiedział o dwa słowa za wiele, gdy Jonathan znalazł go w takim stanie w jakim znalazł i zaniepokojony rozesłał wiadomość do pozostałej dwójki. Wiadomość, która najprawdopodobniej nie dotarłaby nawet do Anthony'ego, gdyby nie to, że następnego dnia ściągnął niewidomego Morpheusa do siebie, do Little Hangleton, a sowy nawet magiczne, nie są zbyt mądre. Więc wiedział, że oni wiedzą. Liczył, że rozejdzie się to po kościach, gdy pojawią się inne, ciekawsze tematy. Nie spodziewał się jednak takiej ekspozycji.
Powietrze zamrowiło, czuł jak pieką go policzki, czuł drganie ścięgna na skroni. Miął w ustach ripostę, niewinne pytanie o to jak plotkowało się z Vakelem na ślubie, czy dobrze mu się rozmawiało, jak jasnowidz z jasnowidzem i czy wyjasnowidzili sobie świetlaną przyszłość. Wiedział jednak, że mówić będzie gniew, nie on, więc nie oddał emocji ni skrawka więcej, niż powierzchnia zaciśniętych zębów.
Pozwolił mu więc zanurzyć palce w winie, pozwolił się pobrudzić z pełną świadomością obojga, że ta plama będzie mu ciążyć na czole przez kolejne dni i choćby mył twarz godzinami, choćby niczym Lady Macbeth zaklinał plamę by odeszła, nawet jeśli nie była krwawa, to nie będzie mógł o jej istnieniu zapomnieć. Pozwolił mu na to i nie zezował na rękę, a patrzył na wprost, w czerń dwóch buńczucznych turmalinów, myśląc, że ich widok winien oczyszczać i uzdrawiać. Powinien dawać ujście trudnym emocjom kłębiącym się w sercu.
Tak się nie działo.
Być może tylko mu się zdawało, że wyczuł wewnątrz swej głowy woń wypalonego tytoniu podbitą kwaskowatością rozlanego wina, woń która tak bardzo kojarzyła mu się z Morpheusem. Dym, mający na celu wyłudzić wiedzę, którą Anthony pilnie strzegł, niczym smok swego skarbca w lojalności do siebie i wszystkich, którzy powierzali mu swoje sekrety. Być może tylko mu się zdawało, że dym ten jak mgła nad czarną taflą lodowatej wody, próbuje znaleźć uziemienie, przeniknąć przez gładką i nieprzeniknioną ton i ujrzeć. Poczuć. Okraść go. Być może.
Rozproszenie IV na stopień pogardliwości we wzroku
Rzut PO 1d100 - 78
Sukces!
Sukces!
– Dość. – Słowo wysmyknęło się z jego ust niby przypadkiem, choć w swej celowości było ciche i nieprzyjemnie oschłe. Zaraz po nim podniósł się odkładając nadpoczęty kawałek ciasta. I nim Morpheus zdążyłby powiedzieć choćby słowo, Anthony odwrócił się do drzwi prowadzących ku głównej części posiadłości i odszedł, nie zamierzając słuchać nic z tego co ich grupowy wróżbita miał do powiedzenia. Nie dziś. Nie w ten sposób.
Podwójne drzwi z ogrodu prowadziły wprost do wewnętrznego kwadratowego holu, który udawał atrium przez magiczny sufit imitujący brak swojego istnienia. Kafelki ułożone w szachownicę mieniły się w oczach, a olbrzymie marmurowe schody prowadziły na piętro do dwóch skrzydeł, pana i nieobecnej już pani domu. On jednak swoje kroki skierował wprost do fontanny zdobiącej sam środek tego miejsca, gdzie Urobos, ogromny wąż oplatał dwukrotnie ziemię, szykując się do jej pożarcia. Z tymże ziemia, nie była ziemią, a złocistą kulą przywodzącą bardziej na myśli słońce. Westchnął, czując że gniew ustępuje miejsca goryczy. Wino ściekało mu wąską strużką wzdłuż nosa, przez wargę po brodzie, ale nie dbał o to. Odpowiedni gest wykonany na brzegu małego, zdobnego zbiornika osuszył fontannę, odsłaniając schody do piwnicy, którymi zamierzał dostać się do jednej z komnat. Łazienka prefektów czekała, cóż, najwyraźniej będzie w niej pierwszy.