04.06.2024, 23:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.06.2024, 08:31 przez Perseus Black.)
Wiedział. Od początku zdawał sobie z tego sprawę, że aura anielskości okalająca Laurenta jest jedynie fasadą. Nosisz biel, by przywrócić sobie namiastkę niewinności?, chciał go wtedy zapytać, jednak uznał to za zbyt zuchwałe. Sam przecież nosił czerń jako swą tarczę, jako znak ostrzegawczy; nie był przecież bestią ukrytą w cieniu, lecz bezbronnym szczenięciem szukającym schronienia pod osłoną nocy. Wiedział, od pierwszej chwili wiedział - ale nie odmawiał mu tej anielskości, lecz sam padał przed nim na kolana i czcił go jakby był wysłannikiem Niebios. Czy nie sam Lucyfer swego czasu nie wznosił się w przestworzach?
— Cóż, wygląda na to, że zawsze byłem... spolegliwy — uległy, cisnęło mu się na usta, ale prędzej czy później Prewett zda sobie sprawę z tego, że ma go owiniętego wokół palca. A Perseus? Nie wyglądało na to, by miał wobec tego układu jakiekolwiek obiekcje. Przynajmniej dopóki nie przekraczali pewnych granic. Te jednak z każdym kolejnym spotkaniem zdawały się zacierać coraz mocniej i mocniej, pozostawiając w jego sercu mieszankę strachu i niepewności, ale też swego rodzaju ekscytacji; pragnął więcej, a jednocześnie bał się, że jeden dotyk za dużo może go zniszczyć.
— Czuję się odpowiedzialny za nastroje innych ludzi, a w szczególności tych, na których mi zależy — zaoponował, ale to był jedyny protest, na jaki się zdobył. Poddał się Laurentowi, pozwolił, by prowadził ten taniec, dopasował się do jego ruchów. W tej krótkiej chwili, małego wycinka ukradzionego Wieczności, należał do niego całkowicie; i umysłem skupionym tylko na nim, i ciałem, które ulegało pod wpływem jego nacisków. W odpowiedzi na zarzut kłamstwa pochylił się nad nim, zawisnął nad jego twarzą tak, że ich usta dzieliły od siebie zaledwie milimetry, a ich oddechy (teraz kwaśne od wypitego wcześniej alkoholu) wymieszały się w jedno, ich żebra napierały na siebie równocześnie, a Perseus poczuł, że traci grunt pod nogami i osuwa się prosto w błękit. Zaraz potem odsunął swą twarz od chłopaka, przytulił policzek do jego policzka, a ciepłe powietrze połaskotało płatek jego ucha.
— To dobrze — nie, wcale nie jest dobrze, Laurencie; nie zdajesz sobie sprawy nawet jak bardzo nad tym ubolewam — Nie zniósłbym myśli, że mogłoby ci się coś w ich trakcie stać.
— Cóż, wygląda na to, że zawsze byłem... spolegliwy — uległy, cisnęło mu się na usta, ale prędzej czy później Prewett zda sobie sprawę z tego, że ma go owiniętego wokół palca. A Perseus? Nie wyglądało na to, by miał wobec tego układu jakiekolwiek obiekcje. Przynajmniej dopóki nie przekraczali pewnych granic. Te jednak z każdym kolejnym spotkaniem zdawały się zacierać coraz mocniej i mocniej, pozostawiając w jego sercu mieszankę strachu i niepewności, ale też swego rodzaju ekscytacji; pragnął więcej, a jednocześnie bał się, że jeden dotyk za dużo może go zniszczyć.
— Czuję się odpowiedzialny za nastroje innych ludzi, a w szczególności tych, na których mi zależy — zaoponował, ale to był jedyny protest, na jaki się zdobył. Poddał się Laurentowi, pozwolił, by prowadził ten taniec, dopasował się do jego ruchów. W tej krótkiej chwili, małego wycinka ukradzionego Wieczności, należał do niego całkowicie; i umysłem skupionym tylko na nim, i ciałem, które ulegało pod wpływem jego nacisków. W odpowiedzi na zarzut kłamstwa pochylił się nad nim, zawisnął nad jego twarzą tak, że ich usta dzieliły od siebie zaledwie milimetry, a ich oddechy (teraz kwaśne od wypitego wcześniej alkoholu) wymieszały się w jedno, ich żebra napierały na siebie równocześnie, a Perseus poczuł, że traci grunt pod nogami i osuwa się prosto w błękit. Zaraz potem odsunął swą twarz od chłopaka, przytulił policzek do jego policzka, a ciepłe powietrze połaskotało płatek jego ucha.
— To dobrze — nie, wcale nie jest dobrze, Laurencie; nie zdajesz sobie sprawy nawet jak bardzo nad tym ubolewam — Nie zniósłbym myśli, że mogłoby ci się coś w ich trakcie stać.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory