Bardzo szybko pożałował tego, że się nie odezwał. Tak samo jak żałował tego, że nic wtedy nie zrobił, tylko schował się i próbował wyciszyć. Tyle się nasłuchał mądrości z serii - Flynn, przecież zawsze jest szansa, żeby coś zmienić, żeby naprawić sytuację, doprowadzić wszystko do porządku i może to miałoby jakąś siłę przebicia, gdyby człowiek miotający się tu teraz w bólu i chaosie potrafił zapominać. Chować gorsze wspomnienia za lepszymi, przesuwać myśli w inne miejsce, odpalać w głowie ten tryb pozwalający mu przetrwać nawet najgorsze rzeczy. Nie bądź smutny, całe to gówno kiedyś minie - nawet gdyby w to wierzył lub był w stanie go okłamać, to wciąż - z nim miało zostać już na zawsze. Kurwa mać, tak bardzo chciał spróbować wyrwać go z tego stanu, ale kiedy próbował wydusić cokolwiek z na wpół otwartych ust, jedynym, na co było go stać, było stęknięcie, które przerodziło się w krótki szloch. To przecież było zbyt wiele - dobrych i złych chwil - wszystkie tak intensywne, żeby teraz rozsadzać mu serce.
On go już nie obejmował - on się wokół niego owinął, zaraz po szczelniejszym opatuleniu go kocem. Drżące od emocji dłonie przesuwał po jego włosach, karku i plecach. Oczywiście, że kiedy ktoś z całych sił zaciska na tobie palce, to cię boli, ale to nie miało dla niego znaczenia. Bo jeżeli czuł ten ból, to Bletchley trzymał się miękkiego ciała i materiału, a nie ostrego narzędzia - to przynosiło mu spokój. Nie widział już tego deszczu walącego sztormem o okna, nie wszystko przed nim było ciemne i rozmazane, pewnie nie dojrzałby w tej ciemności nic, gdyby nie jasne, ostre światło przecinające bezkresną czerń co kilka-kilkanaście sekund, kiedy burza znajdowała się bezpośrednio nad nimi, grzmiąc głośno i przytłaczająco, przypominając mu, że nie tylko ludzie potrafili być rozgniewani, nie tylko oni przeżywali momentami zbyt wiele, aby to udźwignąć. Natura, którą rozumiał tylko pobieżnie, robiła to samo. Błyski w tej chwili go męczyły. Przez ułamek sekundy chciał nawet wstać i zakryć okno zakurzoną kotarą, ale rozmyślił się. Pociągnął nosem, odsunął się delikatnie i odsunął palcami kawałek jego grzywki od oczu. Chciałby mieć mu coś więcej do zaoferowania, niż pokruszonego siebie, potrafić uczynić takie momenty zaskakująco łatwymi, być kimś, kto potrafił to udźwignąć, zamiast jeszcze bardziej pogrążać się w rozpaczy i wylewać nad nim łzy.
Kiedy emocje cudem się w nim wypaliły, przyszły myśli. Ich powrót był zawsze najbardziej upierdliwą rzeczą, jaka musiała istnieć, bo on uwielbiał gnębić się różnymi wyobrażeniami. Na przykład: jak Cain musiał zwijać się w agonii, a obok nie było nikogo. Jeżeli to nie było wystarczające, żeby ryczeć mocniej, wystarczyło wcisnąć mu do ręki kartkę. Nie, nie chciał dla niego takich wspomnień, a jednocześnie jak inaczej miało się to potoczyć? Na balkonie, w chłodną jesień, paląc papierosy i opierając się o barierkę. „Wiedziałem, że nie spiszesz mnie na straty, ja też nigdy nie spisałbym cię na straty”, a później błysk zielonego światła i cisza.
Absolutnie nic nigdy nie było, nie jest i nie będzie w porządku. Nic w jego życiu nie było w porządku. Ale była w nim taka jedna rzecz potrafiąca czasami rozrzedzić smołę, jaka gromadziła mu się w głowie. Nic w jego życiu nie było w porządku ani nie było proste, ale nie był jedynym człowiekiem z problemami.
Wspomnienia się ze sobą łączyły. Mózg wiązał je nićmi skojarzeń, musiała tam istnieć cała sieć sprawiająca, że gryz konkretnego jabłka potrafił przywołać w umyśle człowieka poemat znany mu z czasów dzieciństwa i... Flynn był pewien jednego - te dni były zbyt dobre, zbyt piękne i zbyt ciepłe, to były zbyt cudowne wspomnienia, żeby połączyć je tymi nićmi z koszmarami, żeby pozwolić im stać się wspomnieniami przywołującymi masę złych myśli. Ta poranna kawa miała wciąż smakować słodko. „Kocham cię” miało wciąż rozpalać go jak piec. Ciało Bletchleya przyciskające go do materaca miało wciąż sprawiać, że będzie się czerwienił i zasłaniał ręką usta. To jezioro miało mu przypominać o tym, jak jeden człowiek potrafił wnieść do jego duszy światło. Światło, którego nie odczuwał jako czegoś, co próbowano wcisnąć mu na siłę.
Zabrał dłoń z jego pleców, żeby otrzeć wilgotne rzęsy.
- Mhm - mruknął wpierw, po czym ta dłoń wróciła pod koc, żeby znów go objąć. Odkrywszy, że faktycznie może się już odezwać, odetchnął wpierw. - Myślałem sobie o czymś i... - zacisnął oczy z poczucia żenady, ostatnia łza skryta gdzieś w kąciku ust spłynęła mu po policzku - nie, nie na to zbierałem myśli, ja... - odetchnął jeszcze raz, zawzięciej, jakby był naprawdę mocno zdecydowany, żeby się uspokoić i wymuszał to na swoim ciele - chciałem powiedzieć, że zapomnij, ale... kurwa mać... - jak to w ogóle było możliwe, tyle czasu zbierać się w sobie, żeby coś powiedzieć, a później i tak zrobić z siebie kompletnego idiotę. Zapłakał gdzieś w środku, bo ten jeden raz opatrzność mogłaby zesłać na tę scenę odrobinę patosu, nadać temu jakiejś wzniosłości, ale nie. Wykuto go z materiału czyniącego go momentami aż za prostym człowiekiem. Spojrzał w dół, na tę jego sylwetkę, ale póki ostatni z dzisiejszych piorunów nie przeciął nieba, widział tylko czerń. Przesunął się w dół, nieco nachalnie, bo znowu chciał spojrzeć mu w oczy, z pełną świadomością, że żeby zobaczyć wyraz jego twarzy, kolejny z piorunów musiał zaznaczyć obecność mknącej już w inne miejsce burzy. Grzmot. Kilka kolejnych sekund. I znów błysk światła, który otulił ich na krótki moment, wystarczający.
- Wiesz, z jakich rzeczy zapamiętam ten wyjazd? - Gładził go dłonią po skroni i włosach, nie pozwalając mu zasnąć, ale tak cholernie chciał, żeby chłopak to usłyszał. - Widziałem aż dwie krowy jednego dnia. Nikt nie uważa mnie za swój talizman szczęścia. Ktoś, kto da mi klucze do swojego mieszkania, nie będzie musiał martwić się o dekoracje, bo wszystko ze mną jest piękne. Obrzydliwa ze mnie dziwka. Oh i byłem tak szczęśliwy skacząc z kimś jak koza, bardzo chciałem mu coś powiedzieć, ale nie miałem wtedy odwagi, więc mam nadzieję, że jego głowa zbuduje mu most do tej chwili tu i teraz. - Cmoknął go w usta, cudem trafiając w górną wargę. - Jesteś skrzypcami, skarbie. I nigdy nie słyszałem w głowie piękniejszej melodii niż twoja.
On go już nie obejmował - on się wokół niego owinął, zaraz po szczelniejszym opatuleniu go kocem. Drżące od emocji dłonie przesuwał po jego włosach, karku i plecach. Oczywiście, że kiedy ktoś z całych sił zaciska na tobie palce, to cię boli, ale to nie miało dla niego znaczenia. Bo jeżeli czuł ten ból, to Bletchley trzymał się miękkiego ciała i materiału, a nie ostrego narzędzia - to przynosiło mu spokój. Nie widział już tego deszczu walącego sztormem o okna, nie wszystko przed nim było ciemne i rozmazane, pewnie nie dojrzałby w tej ciemności nic, gdyby nie jasne, ostre światło przecinające bezkresną czerń co kilka-kilkanaście sekund, kiedy burza znajdowała się bezpośrednio nad nimi, grzmiąc głośno i przytłaczająco, przypominając mu, że nie tylko ludzie potrafili być rozgniewani, nie tylko oni przeżywali momentami zbyt wiele, aby to udźwignąć. Natura, którą rozumiał tylko pobieżnie, robiła to samo. Błyski w tej chwili go męczyły. Przez ułamek sekundy chciał nawet wstać i zakryć okno zakurzoną kotarą, ale rozmyślił się. Pociągnął nosem, odsunął się delikatnie i odsunął palcami kawałek jego grzywki od oczu. Chciałby mieć mu coś więcej do zaoferowania, niż pokruszonego siebie, potrafić uczynić takie momenty zaskakująco łatwymi, być kimś, kto potrafił to udźwignąć, zamiast jeszcze bardziej pogrążać się w rozpaczy i wylewać nad nim łzy.
Kiedy emocje cudem się w nim wypaliły, przyszły myśli. Ich powrót był zawsze najbardziej upierdliwą rzeczą, jaka musiała istnieć, bo on uwielbiał gnębić się różnymi wyobrażeniami. Na przykład: jak Cain musiał zwijać się w agonii, a obok nie było nikogo. Jeżeli to nie było wystarczające, żeby ryczeć mocniej, wystarczyło wcisnąć mu do ręki kartkę. Nie, nie chciał dla niego takich wspomnień, a jednocześnie jak inaczej miało się to potoczyć? Na balkonie, w chłodną jesień, paląc papierosy i opierając się o barierkę. „Wiedziałem, że nie spiszesz mnie na straty, ja też nigdy nie spisałbym cię na straty”, a później błysk zielonego światła i cisza.
Absolutnie nic nigdy nie było, nie jest i nie będzie w porządku. Nic w jego życiu nie było w porządku. Ale była w nim taka jedna rzecz potrafiąca czasami rozrzedzić smołę, jaka gromadziła mu się w głowie. Nic w jego życiu nie było w porządku ani nie było proste, ale nie był jedynym człowiekiem z problemami.
Wspomnienia się ze sobą łączyły. Mózg wiązał je nićmi skojarzeń, musiała tam istnieć cała sieć sprawiająca, że gryz konkretnego jabłka potrafił przywołać w umyśle człowieka poemat znany mu z czasów dzieciństwa i... Flynn był pewien jednego - te dni były zbyt dobre, zbyt piękne i zbyt ciepłe, to były zbyt cudowne wspomnienia, żeby połączyć je tymi nićmi z koszmarami, żeby pozwolić im stać się wspomnieniami przywołującymi masę złych myśli. Ta poranna kawa miała wciąż smakować słodko. „Kocham cię” miało wciąż rozpalać go jak piec. Ciało Bletchleya przyciskające go do materaca miało wciąż sprawiać, że będzie się czerwienił i zasłaniał ręką usta. To jezioro miało mu przypominać o tym, jak jeden człowiek potrafił wnieść do jego duszy światło. Światło, którego nie odczuwał jako czegoś, co próbowano wcisnąć mu na siłę.
Zabrał dłoń z jego pleców, żeby otrzeć wilgotne rzęsy.
- Mhm - mruknął wpierw, po czym ta dłoń wróciła pod koc, żeby znów go objąć. Odkrywszy, że faktycznie może się już odezwać, odetchnął wpierw. - Myślałem sobie o czymś i... - zacisnął oczy z poczucia żenady, ostatnia łza skryta gdzieś w kąciku ust spłynęła mu po policzku - nie, nie na to zbierałem myśli, ja... - odetchnął jeszcze raz, zawzięciej, jakby był naprawdę mocno zdecydowany, żeby się uspokoić i wymuszał to na swoim ciele - chciałem powiedzieć, że zapomnij, ale... kurwa mać... - jak to w ogóle było możliwe, tyle czasu zbierać się w sobie, żeby coś powiedzieć, a później i tak zrobić z siebie kompletnego idiotę. Zapłakał gdzieś w środku, bo ten jeden raz opatrzność mogłaby zesłać na tę scenę odrobinę patosu, nadać temu jakiejś wzniosłości, ale nie. Wykuto go z materiału czyniącego go momentami aż za prostym człowiekiem. Spojrzał w dół, na tę jego sylwetkę, ale póki ostatni z dzisiejszych piorunów nie przeciął nieba, widział tylko czerń. Przesunął się w dół, nieco nachalnie, bo znowu chciał spojrzeć mu w oczy, z pełną świadomością, że żeby zobaczyć wyraz jego twarzy, kolejny z piorunów musiał zaznaczyć obecność mknącej już w inne miejsce burzy. Grzmot. Kilka kolejnych sekund. I znów błysk światła, który otulił ich na krótki moment, wystarczający.
- Wiesz, z jakich rzeczy zapamiętam ten wyjazd? - Gładził go dłonią po skroni i włosach, nie pozwalając mu zasnąć, ale tak cholernie chciał, żeby chłopak to usłyszał. - Widziałem aż dwie krowy jednego dnia. Nikt nie uważa mnie za swój talizman szczęścia. Ktoś, kto da mi klucze do swojego mieszkania, nie będzie musiał martwić się o dekoracje, bo wszystko ze mną jest piękne. Obrzydliwa ze mnie dziwka. Oh i byłem tak szczęśliwy skacząc z kimś jak koza, bardzo chciałem mu coś powiedzieć, ale nie miałem wtedy odwagi, więc mam nadzieję, że jego głowa zbuduje mu most do tej chwili tu i teraz. - Cmoknął go w usta, cudem trafiając w górną wargę. - Jesteś skrzypcami, skarbie. I nigdy nie słyszałem w głowie piękniejszej melodii niż twoja.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.