No nie.
No kurwa, po prostu, no nie.
Czy naprawdę zawsze musiało padać na niego?
Najwyraźniej tak.
— Nie zbliżaj się! — krzyknął Cameron, dostrzegając sylwetkę Heather, która zamiast biec do kibla, rzuciła się w jego kierunku, jak gdyby miał jej jakoś pomóc.
Niestety, nawet jego słowa nie zdołały powstrzymać rudowłosej przed ponownym zwróceniem na niego zawartości swojego żołądka. Ile to już minęło od poprzedniego incydentu tego typu? Dwie minuty? Trzy minuty? Mniej? Więcej? Ciężko było stwierdzić, jednak nie było to w ogóle zabawne, a medyk jedyne co zdołał zrobić, to zasłonić twarz, co by w pamięć nie wrył mu się obraz nachylającej się nad nim przyjaciółki.
Czego ona się nażarła, że jeszcze tyle jej zostało, pomyślał ze zgrozą, jednak szybko odsunął tę myśl, bo i jemu pewnie zaraz zaczęłoby się robić niedobrze. Rozchylił lekko palce, co by sprawdzić stan sytuacji i uświadomił sobie, że Ruda wzięła sobie za cel nie jego twarz, a... buty. Cóż, mogło być gorzej, chociaż bez gruntownego prania się nie obejdzie. Niestety. Oby parę zaklęć czyszczących z rana załatwiło sprawę.
— Może gdybyś miała lepszego cela, to bym nie musiał ciągle uważać! — warknął zduszonym głosem, starając się usadowić w wannie. Zaczął się mocować z paskiem od spodni. — Co ty do chuja Merlina robiłaś na treningach q-quidditcha przez t-te wszystkie lata?
Wkurwiła go tym komentarzem, więc nie miał zamiaru powstrzymywać się przed odpowiedzią. W innych okolicznościach może ograniczyłby się do surowego spojrzenia. Leżał jednak w tak mało komfortowej pozycji, że musiałby się chyba ograniczyć do wbicia złowieszczego wzroku lub pacnięcie jej po ramieniu butem. A to było za mało, więc atak słowny wydał mu się najbardziej sensowny.
Nie dość, że został tej nocy pogryziony, to jeszcze dwa razy obrzygany. Tyle że tego nie zapamiętam, pomyślał, wydając z siebie zirytowane westchnienie. To był jedyny plus. Przed paroma godzinami władowali w siebie tyle różnych specyfików, że pewnie mało co zostanie im w głowach. Nie, żeby na co dzień było tam wyjątkowo dużo.
— Należało jej się. Poza t-tym, kto j-jej kazał wskakiwać pod t-ten samochód? — rzucił do Charliego. Nie miał zamiaru brać na siebie odpowiedzialności za śmierć tej kaczki, kuropatwy, czy innego cholerstwo, które ich zaatakowało w parku. Rozwiązał sznurówki jednego buta, potem drugiego i dorzucił obuwie do sterty brudnych ciuchów Heather wraz ze skarpetkami. — S-sama t-tam wskoczyła, w-więc to s-samobójstwo, n-nie z-zabójstwo. C-c-conie H-heather?
Wziął parę głębszych oddechów, co by się uspokoić. Właściwie, to niezbyt miał pojęcie, o czym mówi. Gdyby spytano go o szczegóły potencjalnej sekcji w szpitalu lub tego, jak mogliby odratować tego ptaszora, gdyby złamał skrzydło, to pewnie miałby więcej do powiedzenia. Chociaż i w tej dziedzinie nie był do końca obeznany. Czy zaklęcia, które stosowali na ludziach, działały też na mugolskie zwierzęta? Na magiczne pewnie tak, ale niemagiczne? Hmm... Lupin zdjął spodnie, a po nich na płytkach łazienki wylądowała także koszulka.
— W-weź odkręć ciepłą wodę, co? — zwrócił się do Charliego, odsuwając się trochę w bok, daleko od kranu.
Jeszcze tego mu brakowało, żeby dostać strumieniem wrzątku po trzech brutalnych zamachach na jego zdrowie. A może było ich nawet więcej. W sumie każda teleportacja w stanie upojenia alkoholowego była swego rodzaju loterią. Cameron przeczesał dłonią włosy. Faktycznie przydałoby mu się teraz porządna kąpiel. Wanna była stosunkowo łatwym w obsłudze wynalazkiem, może chociaż tego nie uda im się zjebać?