Rozpoczęły się kolejne występy i poproszono o chętnego z widowni. Zapowiadało się interesująco. W końcu na scenę weszła jakaś jasnowłosa dziewczyna, jeszcze bardziej jasnowłosy chłopak i kolejna jasnowłosa... Czyżby coś mnie teleportowało znów do Szwecji? Ale nie, oto rządek blondynów zmierzał na scenę, którą szybko opuścili. Jedną z osób była pani z kawiarni od kotów. Kiedy ona się tu znalazła? Miała tak czas, by opuszczać swoje stanowisko?
Ale nie myślałam o tym długo, bo po chwili na scenie pojawił się tancerz akrobata. Już od pierwszej chwili byłam zahipnotyzowana jego ruchami. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam! Ilość ekspresji w pojedynczym ruchu była zniewalająca! Czemu nie miałam przy sobie swojego szkicownika!? Jak cudownie by się rysowało takiego modela! Czar prysł wraz z ogniem. Ciężko było spuścić wzrok z tancerza, ale lęk rodzący się w moim sercu przyspieszył jego bicie. Szybko poszperałam w obiektach otrzymanych z loterii. Eliksir chroniący przed ogniem znalazł się w mojej ręce. Tak na wszelki wypadek.
Obejrzałam występ do końca, łapiąc entuzjastycznie każdy jego fragment, jednocześnie starając się zapanować nad zdenerwowaniem. Fiolka była jak mój amulet obronny. Tylko, że w przeciwieństwie do wszelkich amuletów, ona posiadała faktyczne właściwości ochronne.
To przypomniało mi też o innej sprawie. Ulotka, którą otrzymałam od staruszki o rytuale ochronnym. Bardzo chciałam wykonać go w domu Lysandra. Dolina Godryka była dziwnym miejscem, a ja musiałam zadbać o swoje obecne lokum. Nie tyle chodziło tu o dach nad głową, ale przede wszystkim o całe dobro, jakie otrzymywałam od Lysandra. Oraz wszystkie zwierzęta. Nie przeżyłabym kolejnej straty takiej gromadki. Zdążyłam się już do nich przywiązać.
— Śnieżek, musimy kupić świecę — odezwałam się do kotka, który siedział skulony w koszyczku wśród wszystkich moich fantów. Przykryłam go kapeluszem ochronnym, by był bardziej osłonięty od nieprzyjemnego dla niego festynu. — A potem od razu wracamy do domu.
Lysander zapewne miał świece w domu, ale skoro rytuał musiałam odprawić dzisiaj, wolałam nie ryzykować, że będę zmuszona do poszukiwań albo powrotu do miasta na zakupy. Na straganach na pewno znajdę świece.
Na pierwszym były głównie obiekty metalowe, ale już drugi pachniał odpowiednią aurą. Rozłożone na stołach dewocjonalia przywiodły mi zapach polskich dożynek. A może bardziej odpustu? Z przyjemnością zbliżyłam się, odruchowo rozglądając się za pamiątkami dla rodziny, gdy zauważyłam element nie pasujący do układanki. "Niech Matka będzie z Tobą"? "W imię Pani Księżyca"? Nie, to zdecydowanie nie było stoisko chrześcijańskie. Klimat dożynek zniknął natychmiastowo. Niektórzy czarodzieje ze wsi wierzyli też w różne słowiańskie bóstwa, ale o Pani Księżyca jeszcze nie słyszałam. W każdym razie, mieli świeczki. Nerwowo zerkałam w stronę kogoś obsługującego stanowisko. Jeśli byłam absolutnie pewna, że nie jest w danej chwili zajęty (a może nawet sam do mnie zagadał?), postanowiłam się odezwać.
— Uhm, dobry wieczór. Szukam świecy do rytuału ochronnego, tego na Lamas... Czy te tutaj nadadzą się do tego?
Gdy to powiedziałam, przeleciał mnie strach. A co jeśli wyznawcy tej religii z tego stoiska w jakiś sposób nie lubią tego rytuału albo uznają go za herezję? Czy zostanę zaraz skrzyczana?