Nie zmieniło się też to, jaki Kieran był przystojny, a w tym stroju, żeby nie powiedzieć niechlujnym, z dodatkiem biżuterii, sam stawał się biżuterią, którą chciało się założyć na palec. Albo może - chciałoby, gdyby nie to, jaki był odpychający przez jedno, malutkie, ale jakże rzeczowe powiązanie. Jakże istotne. Zachowania iście barowe niekoniecznie dziwiły, chociaż pokazywały tylko jakim wspaniałym aktorem był człowiek siedzący przed nim. Teraz przed nim, bo jeszcze przed momentem jego krzesło było zajmowane przez jego buciory. Lepiej było i tak patrzeć na nie, niż na ten uśmieszek, który tylko dodawał oliwy do tego ognia. Jedna kropelka? To przecież mało, zupełne nic. Kiedy ogień jednak płonie każda kropelka mogła spowodować buchnięcie. Jedna kropelka wystarczyła, żeby zapłonęło nawet mokre drewno, które tymi płomieniami wcale nie chciało zostać objęte. Jaki to jednak był ogień? Żałosne, przecież to ledwo jakieś iskierki, które parzyły od spodu w skórę i gotowe były powodować podrygi. Przydałoby się kilka iskier w tych martwych oczach, które napotkał na swojej drodze. Przypominały oczy tych trupów, które nie mogły już wrócić z Perły Morza. Tacy byli właśnie najgorsi - martwi za życia. I tak jak przy ich pierwszym spotkaniu Laurent uśmiechał się do niego ciepło i sam oczami błyszczał, tak teraz miał spojrzenie chłodne, bo zdystansowane. Przecież przyszedł tu na wojnę.
Rozgonił z niesmakiem dłonią tytoniowy dym, który został mu puszczony w twarz na moment wstrzymując dech w piersi. Tę pierwszą sekundę, kiedy to najbardziej śmierdziało. Miał taki paskudny nawyk w Rose Noire, że podkradał niektórym gościom fajki, żeby potem doraźnie je palić, szczególnie do alkoholu, albo na zjeździe. Jakoś instynktownie mu się o tym przypomniało w tej brzydko-ładnej knajpie, która nawet nie zaglądała do najgorszych zaułków tej parszywej ulicy.
- Nie bądź zazdrosny, z Panią Losu flirtuje na co dzień, teraz jestem cały dla ciebie. - Wykrzywił odrobinkę jeden kącik warg w dół. Pytał, a wiedział. Gdyby Laurent był grzecznym chłopczykiem to przecież nigdy by się tutaj nie spotkali, czyż nie? Prewett potrafili bronić swoją rodzinę nawet na Nokturnie... o ile ta rodzina chciała dać się bronić i nie szukała kłopotów. A on je znalazł, a kiedy pomocy potrzebował... nie potrafił się przyznać do tego, jak bardzo zawiódł. I oto byli - prawie że ramię po ramieniu, a jednak po przeciwnych stronach barykady. - Wino. Jeden dementor przy tym stoliku wystarczy. - Napięcie powoli zaczynało spacerować po jego skórze malutkimi kroczkami. Im dłużej spoglądał w te zimne oczy tym bardziej systematycznie rosło. Bardzo nie chciał opuszczać gardy, a miał to poczucie, że tak jak przy pierwszym spotkaniu, tak i teraz do tego będzie to dążyć.