05.06.2024, 22:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.06.2024, 22:59 przez Vakel Dolohov.)
Siedzę przy stole z Longbottomem i armią moich wymyślonych przyjaciół
Kiedy Morpheus się do niego zbliżył, Dolohov pogrążony był w głębokiej rozmowie... a może raczej zajęty był przepychanką z bardzo starym panem Black, który jego obecność na weselnej sali uznał za fascynującą, bo przez wzgląd na swój wiek nie miał wcześniej okazji posłuchać go na żywo i jedynie zaczytywał się w pisanych przez niego artykułach publikowanych w Horyzontach Zaklęć i Astrolabium. Od razu słychać było, jak sędziwy dziadyga ożywił się, mając za rozmówcę kogoś tak ekstrawertycznego i zdolnego do wylewania z siebie potoków myśli - nieco agresywne przerzucanie się argumentami miało jednak bardzo przyjacielski charakter - można było wręcz powiedzieć, że oboje w jakimś sensie znaleźli bratnią duszę do rozmowy wynoszącej ich myślenie na inny poziom. Pozostali badacze wtrącali się momentami, ale najczęściej po to, aby zadać pytanie odnośnie czegoś, za czym nie nadążyli przez karkołomne tempo.
Aktualnym tematem, jaki wystawili na stół, były figury równowagi,
- Panie Dolohov... - odezwał się jeden z mężczyzn, unosząc rękę, ale nagle zamarł, kiedy dotarło do niego, że nie wie, jak sformułować pytanie, jakie chciał zadać. Dolohov jak zawsze wyprzedził jego myśl, uśmiechnął się szerzej i pokręcił głową.
- Pomyślcie o tym panowie, nie o to nam przecież chodzi, żeby się rozwodzić nad wadliwością stosowanych narzędzi i praktycznie niemożnością dokonania tychże pomiarów za naszego życia na czymkolwiek innym niż Słońce, a i do Słońca nie dojdziemy zbyt szybko. Jakże subtelną to jest różnicą, o jak małe liczby się rozchodzi - wartość stosunków u do q, zawierającego się pomiędzy połową a pięć czwartych. - Astronom skinął głową, odrobinę skołowany tym, że ktoś wyciągnął te zdania z jego głowy, ale to ruszyło jego trybikami, mógł to teraz dokończyć.
- A spodziewane jest, że to, co zbudowane z gazu będzie gęstsze w centrum, w wyraźny sposób, tak? Ah, a wielkość tego zjawiska określić da się jedynie na podstawie teorii budowy wewnętrznej gwiazd. Czy istnieją jakieś obiekty lepiej opisywane przez tę teorię?
- Otóż... - zaczął, ale głos mu nagle ugrzązł w gardle i pierwszy raz zapytany o cokolwiek nie biadolił już jak opętany. Oto i on - Morpheus kurwa Longbottom, który najwyraźniej oszalał do końca i zapomniał, że rodzina szermierzy o lwim sercu, powinna takie wydarzenie ominąć dokładnie tak, jak Dolohov omijał dzisiaj Morpheusa, nie pozwalając mu na wejście do swojej głowy jeszcze głębiej. Nie było mowy, żeby do tego wrócił, po byciu przez niego porzuconym umarł, zginął, przepadł na wieczność, a ten człowiek co tu siedział, wykuty był z nowej materii. List nadesłany mu po skandalicznej pomyłce, jakiej się dopuścił, faktycznie rozdarł mu serce. Uważał ten gest za znęcanie się nad kimś, kto kiedyś podobno był dla niego ważny - a podobno miłość naprawiała naprawdę zepsute dusze - tak i teraz znęcał się nad nim, narzucając mu swoją obecność.
Morpheus nie był tutaj mile widziany. Chciałby go przegonić ręką, przypomnieć mu, dlaczego już nie byli razem, dlaczego nie rozmawiali, dlaczego śnił o zamknięciu go w małym, ciasnym pudełku jak pamiątkę, a nie o całowaniu go i spoglądaniu na niego jak na swój obiekt westchnień. Mógłby mu za to „kocham cię” dać z liścia, rozkazać mu się do siebie nie zbliżać, zgasić papierosa na tej parszywej mordzie. Najlepiej tak mocno i tak boleśnie, żeby mu zostawić na skórze permanentne znamię - przypominajkę o wszystkim, co stracił i czego nie miał prawa trzymać swoimi brudnymi łapami tego delikatnego ciała. Nigdy więcej. Oczywiście nie mógł tego zrobić. Po pierwsze - bo siedzieli w towarzystwie, a w towarzystwie Dolohov grał innego siebie. Po drugie - nie był idiotą. Nie chciał mu pokazywać, że wciąż mu zależy, nie zapomniał, nawet jeżeli to była prawda najprawdziwsza. Od kilku miesięcy trzeźwości nie potrafił pogodzić się z tym jak wiele lat potencjalnie spełnionego życia mogła odebrać mu Annaleigh. Rozpamiętywał swoją przeszłość, śnił coraz więcej dziwnych rzeczy na zmianę z nocami kompletnie bezsennymi, poszukiwał gdzieś w tym wszystkim straconego siebie. Kim on właściwie dzisiaj był?
Wciąż aktorem.
- Witaj Morpheusie - przywitał się z nim spokojnie, celowo dobierając to „witaj” tak, aby zbudować pomiędzy nimi dystans, a siebie postawić w pozycji wyższej. Musiał się przecież znajdować tam, gdzie jego miejsce.
- Otóż co? Niechże pan nie przerywa... hhh... ajjj... Wybaczy pan panie Longbottom, tak byliśmy wciągnięci w tę wymianę zdań... - Przywitali się z nim, ściskając jego ręce, witając się jeden po drugim specyficznymi dla swojej rodziny imionami. Można by powiedzieć - nie trzeba już było wychodzić na zewnątrz, żeby spojrzeć na niebo. Mieli tu wręcz morze gwiazd, ale wśród nich błyszczała przecież ta najbardziej ludzi interesująca - ich piękne, widoczne z Ziemi, podziwiane codziennie i czczone Słońce. Zaraz obok Słońca siedział Morpheus - w percepcji Dolohova wciąż Księżyc.
- Cóż, skoro znów przyjdzie mi stworzyć wielką rzecz, dokończę moje wnioski na papierze i przeczyta je pan panie Black w jesiennym wydaniu Horyzontów Zaklęć. - Nie wydawali się być tym usatysfakcjonowani, ale Vasilij zamilkł, żeby odpalić papierosa od ozdobnej zapalniczki. Któregoś z kolei, bo wszyscy tu zebrani od dłuższej chwili kopcili tak mocno, aby zapełnić połowę sporej popielniczki.
Oceńcie to jak potrafię farmazonić nie mając pojęcia o astronomii w skali od 1 do 10. XD Jebać PiS.
with all due respect, which is none