Tutaj śpiewasz jak sowy, kraczesz jak wrony, piszczysz jak szczury z Podziemnych Ścieżek i żyjesz jak one. Rozdziobujesz swoją skórę jak flamingi, żeby kolorem zabarwić swoją skórę i dopasować się do otoczenia. Nauczyć przypodobywać ludziom wokół. Kieran miał przynajmniej jedną osobę, której musiał się przypodobać, lista ludzi, którym Dante powierzał swoje zaufane zadania była przecież krótka. Tak jak lista inteligentnych ludzi na szczycie, którzy prezentowali sobą wachlarz umiejętności odbiegający od zwykłego machnięcia różdżką. Tą samą, której tutaj nie było między nimi. Nie dziwiło go to wcale, bo nie była potrzebna do budowania atmosfery, chociaż... nie, jej pojawienie się na pewno by coś zmieniło. Obniżyłoby temperaturę o jeszcze jeden stopień, byłaby niemą groźbą, która na pewno bawiłaby Kierana. Laurent chyba nie mógłby na nią nie zerkać. Jeden mały, magiczny patyczek znaczący tak wiele zależnie od sytuacji... Jak dobrze więc Kieran dopasowywał się do tego wszystkiego, kim był, co robił i jak wiele przede wszystkim mógł zrobić tutaj było tylko kwestią zgadywania. Czymś, co przecież lubił - strzelaniem. Mógł strzelać do woli, tylko jakoś nie było do tego nastroju. Dziwne, dziwne...
- Czego się spodziewałeś? Że przyjdę w jakichś szmatach? - Wiedział, jak wyglądał Nokturn i jak wyglądali ludzie, którzy się tutaj pojawiali, choć zazwyczaj widział to w mniejszych dozach. Krótka przechadzka z konieczności, wyjrzenie za okno na ulicę, gdzie przesuwały się markotne cienie tego, co kiedyś było człowiekiem, albo czarne plamy, które zdawały się być zdolne do wyplucia ze swojej różdżki zielonego światła przy byle okazji. Wystarczył jeden powód... na przykład śliczna biżuteria na niepozornej szyi. - Dziękuję za lekcje. - Nie brzmiało to jednak jak szczere podziękowania. Z drugiej strony nie było też wypowiedziane z łaską. Ton Laurenta, chociaż zdystansowany, był jeszcze spokojny. - Na całe szczęście nie jestem stałym bywalcem tej piekielnej ulicy. - Z dobrej rady zawsze można skorzystać... i Laurent stał chwilę przed swoją szafą nie wiedząc, co on ma w ogóle na siebie włożyć. Bo nie było takich ciuchów, które byłyby dobre, odpowiednie. Po prostu nie było. - Martwisz się o mój śliczny nosek? - Czemu w ogóle służyła ta rozmowa i dokąd zmierzała? Nie wiedział. Z drugiej strony nie próbował wstać i wyjść. Nie znał jeszcze zasad tej gry, ale próba odwrócenia się na pięcie brzmiała jak natychmiastowa przegrana.
Odetchnął na ten komentarz o sraniu na buty i zjechał spojrzeniem na kieliszek wina. Ot - alkohol. Na każdy alkohol podany przez kogoś obcego patrzył teraz tak samo - jakby miał być trucizną, która zrujnuje mu życie. Oparł palce na szklanej, eleganckiej nóżce, obrócił napojem w naczyniu, jakby naprawdę interesowało go, jaki to trunek, powąchał. Tak, interesowało, chociaż nie powinien wątpić, że Kierana nie zadowoliłyby byle szczyny. Inaczej byłby gościem od bicia mord, a nie od odbierania niemałych pieniędzy od dłoni... swojego zabójcy. Laurent upił trzy łyki, czując słodycz w ustach i jednocześnie chłód, jakby to był ten Pocałunek Dementora, o którym Kieran wspominał. Próbował go zabić. On, Laurent Prewett, stworzył spisek, który skazał na śmierć Dantego i siłą rzeczy parę osób przy nim. Siedział właśnie z człowiekiem, którego wysłał rozeźlony Duch Przeszłości. Wypił i czwarty łyk, kładąc dłoń na brzuchu, jakby coś go zabolało.
- Nasze rachunki nie są jeszcze wyrównane. - Będą wyrównane, jak jego głowa poleci. Chociaż wcale nie chciał myśleć o śmierci. Powiedział to z rozmysłem, unosząc trunek pod ciepłe blaski światła z latarenek zawieszonych pod sufitem. - A przecież muszę tyle odpokutować, prawda? - Spojrzał znów na Kierana, trzepocząc rzęsami i robiąc sztucznie przejętą i smutną minę, prawie jakby naprawdę uważał, że to jego grzechy. Nie uważał, a mina była celowo przerysowana, szczególnie, że zaraz znowu wrócił do tej o wdzięcznej nazwie "kot do butów nasrał".