Nieszczególnie zwracała teraz uwagę na cały ten słowotok Millie. Wyglądało bowiem na to, że Owen Bagshot żył. Rzecz jasna o ile to właśnie on był tym człowiekiem, którego odnaleźli w kolejnej kawernie. Szanse na to wydawały się jednak całkiem spore. Zwłaszcza, że o innych czarodziejach, którzy zaginęli w ostatnich dniach, Penny zwyczajnie nie słyszała.
Zabrała dłoń, kiedy mężczyzna się poruszył. Zareagował. Na jej dotyk? Na światło, które zapewniła im różdżka? Albo może z powodu słów, jakie wyrzucała z siebie Millie? Cokolwiek było tego przyczyną, Penny odetchnęła z ulgą.
- Pan żyje! – wyrzuciła z siebie po krótkiej chwili, jaka była jej potrzebna, żeby na to zareagować. Następnie wysłuchała tego, co historyk mówił. Zamiast jednak cokolwiek na jego słowa odpowiedzieć, pierw upewniła się czy Owen Bagshot był cały i zdrowy. Uważnie mu się przyjrzała. Jak i również korzeniom, które go wciąż więziły. Co takiego zrobił, że postanowiły go zaatakować? Na co konkretnie reagowały? – Owen Bagshot, prawda? To pan? – upewniła się jeszcze odnoście swoich założeń; odnośnie tożsamości mężczyzny. – Może nam pan dokładnie opowiedzieć, co takiego pan zrobił? Jak się tutaj znalazł? Byłoby dobrze wiedzieć, na co korzenie reagują, zanim nas również zaatakują. – poprosiła, zastanawiając się przy tym, co mogą zrobić. Teleportacja nie działała. Korzenie zdawały się żyć własnym życiem. Widzieli już zmarłą kobietę i… syrenę? Wnioski więc były oczywiste. Jeden niewłaściwy krok, a najpewniej podzielą ich los.
Świadoma głosów dochodzących z kolejnego korytarza, spojrzała na Millie. I jak tylko nawiązały kontakt wzrokowy, dała jej znać, żeby sprawdziła. Owen co prawda zdawał się rozpoznawać jeden z tych głosów, ale Penny pewności nie miała. Wolała dmuchać na zimne. Isaaca widziała bowiem dotąd tylko raz, a w towarzystwie Basiliusa również nie spędziła zbyt wiele czasu. Tyle dobrego, że z tym drugim widziała się jeszcze dzisiaj.
- Spróbuje… spróbuje na nie wpłynąć. – wracając do mężczyzny, poinformowała go o tym, co zamierzała teraz zrobić. Posługując się transmutacją, chciała rozplątać część korzeni, poluzować uścisk jakim mężczyznę oplotły. Przekształcić je w taki sposób, aby stały się krótsze i swobodnie opadały wzdłuż ściany kawerny. Zarazem, o ile nie okazało się to konieczne, nie chciała ich niszczyć, odłączyć od pozostałej części. To wydawało jej się najmniej rozsądne. – Millie? Odsuń się możliwie najdalej. – poprosiła jeszcze brygadzistkę. Byłoby dobrze, gdyby znalazła się możliwie najdalej, poza ich zasięgiem.
Niezależnie od tego czy druga czarownica jej posłuchała, Penny przeszła do działania. Spróbowała namierzyć odpowiednie korzenie i właśnie od nich zacząć swoją pracę. Nie była przy tym szczególnie pewna siebie, towarzyszyły jej pewne obawy, ale jednak… coś zrobić należało.
rzucam na transmutacje, raz się żyje, dwa podejścia
Sukces!
Sukces!