06.06.2024, 09:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.06.2024, 23:23 przez Brenna Longbottom.)
Odchodzę od Magicznych różności
- Byłam po drugiej stronie, przepchnęłam się tutaj, ale chyba już się uspokoiło... - powiedziała Brenna, trochę niepewnie. - Może ktoś zasłabł?
Zdawało się jej, że słyszy, jak ktoś prosi o zrobienie miejsca i nie była teraz pewna, czy przepychać się do przodu, czy wręcz przeciwnie, żadna interwencja nie jest potrzebna, a ona tylko próbując ruszyć "pod prąd" narobi dodatkowych problemów. Nikt nie krzyczał, że potrzebuje pomocy, nikt nie wzywał Brygady, nie słyszała wrzasków bólu...
- Hm? Aaa... wiggenowy proszę, jego nigdy za wiele - stwierdziła, wysupłując drobne z kieszeni, nie wypadało niczego nie kupić, skoro stanęła przy stoisku Olivii i byłego aurora, który właśnie kończył chyba kogoś obsługiwać. Chociaż leżało tu mnóstwo ciekawych przedmiotów, wybrała wiggenowy, ze względu na to, że nie miała za bardzo głowy do przeglądania całego asortymentu, bo wzrok ciągle uciekał jej w stronę źródła zamieszania, którego nie mogła dostrzec, przysłoniętego przez ludzi. I tak przy okazji tego rozglądania się jej spojrzenie padło na scenę, dość daleką, ale i tak w miarę widoczną: pomyślała, że skoro te występy wciąż trwały, to jednak nie działo się chyba nic aż tak niepokojącego, jak się obawiała.
To nie był dobry moment na śledzenie jakichkolwiek występów, ale i tak patrzyła, jak cyrkowiec występował – tańczyć bez wątpienia umiał, prawdopodobnie był w tym też pewien zamysł artystyczny, który może Brenna i by wyłapała, gdyby nie była na tyle rozproszona, że zaawansowane metafory bania się samego siebie średnio do niej trafiały. Wzdrygnęła się lekko, gdy przybyło tam tego ognia, i miała wielką nadzieję, że nikt nie wpadnie w panikę z jego powodu. W każdym razie przekazała Olivii zapłatę za eliksir na ślepo, zanim wreszcie zdołała otrząsnąć się, oderwać wzrok od sceny, pożegnać się z nią i Tristanem i spróbować przejść nieco dalej, z nadzieją, że może uda się jej przebić albo chociaż dostrzec, co się dzieje.
- Byłam po drugiej stronie, przepchnęłam się tutaj, ale chyba już się uspokoiło... - powiedziała Brenna, trochę niepewnie. - Może ktoś zasłabł?
Zdawało się jej, że słyszy, jak ktoś prosi o zrobienie miejsca i nie była teraz pewna, czy przepychać się do przodu, czy wręcz przeciwnie, żadna interwencja nie jest potrzebna, a ona tylko próbując ruszyć "pod prąd" narobi dodatkowych problemów. Nikt nie krzyczał, że potrzebuje pomocy, nikt nie wzywał Brygady, nie słyszała wrzasków bólu...
- Hm? Aaa... wiggenowy proszę, jego nigdy za wiele - stwierdziła, wysupłując drobne z kieszeni, nie wypadało niczego nie kupić, skoro stanęła przy stoisku Olivii i byłego aurora, który właśnie kończył chyba kogoś obsługiwać. Chociaż leżało tu mnóstwo ciekawych przedmiotów, wybrała wiggenowy, ze względu na to, że nie miała za bardzo głowy do przeglądania całego asortymentu, bo wzrok ciągle uciekał jej w stronę źródła zamieszania, którego nie mogła dostrzec, przysłoniętego przez ludzi. I tak przy okazji tego rozglądania się jej spojrzenie padło na scenę, dość daleką, ale i tak w miarę widoczną: pomyślała, że skoro te występy wciąż trwały, to jednak nie działo się chyba nic aż tak niepokojącego, jak się obawiała.
To nie był dobry moment na śledzenie jakichkolwiek występów, ale i tak patrzyła, jak cyrkowiec występował – tańczyć bez wątpienia umiał, prawdopodobnie był w tym też pewien zamysł artystyczny, który może Brenna i by wyłapała, gdyby nie była na tyle rozproszona, że zaawansowane metafory bania się samego siebie średnio do niej trafiały. Wzdrygnęła się lekko, gdy przybyło tam tego ognia, i miała wielką nadzieję, że nikt nie wpadnie w panikę z jego powodu. W każdym razie przekazała Olivii zapłatę za eliksir na ślepo, zanim wreszcie zdołała otrząsnąć się, oderwać wzrok od sceny, pożegnać się z nią i Tristanem i spróbować przejść nieco dalej, z nadzieją, że może uda się jej przebić albo chociaż dostrzec, co się dzieje.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.