06.06.2024, 16:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.06.2024, 16:33 przez Lorraine Malfoy.)
Południowe stragany, ale bardzo szybciutko uciekam do koła fortuny, a potem na widownię
- Chcesz powiedzieć, że Robert Mulciber dostał zawału na widok świeczki w kształcie męskiego członka? - spytała ze śmiertelną powagą Lorraine, patrząc prosto w ciemne oczy Victorii. Spojrzała na Sauriela. Spojrzała znowu na Victorię. Musiała włożyć całą swoją siłę woli w to, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Głowa rodu Mulciber, mąż i ojciec (zaginiony ojciec Stanleya, co należy podkreślić), szanowany członek społeczności magicznej, ex-niewymowny, okazjonalny mocodawca Lorraine, utalentowany hipnotyzer i legilimenta, sprzedaje... to? Niczego nie dało się wyczytać przez chwilę z twarzy wili, choć w jej oczach na początku błyszczało niedowierzanie - a może przerażenie? - ale po chwili jej usta rozciągnęły się w delikatnym, rozanielonym wręcz uśmiechu, który nadawał rysom kobiety zaskakującej niewinności.
Nigdy nie pozwoli mu o tym zapomnieć. Z tego co wiedziała, jej dalecy kuzyni od strony jakiejś ciotki z Malfoyów - synowie brata Roberta Mulcibera - jakiś czas temu przyjechali do Londynu, i zaangażowali się w prowadzenie rodzinnego interesu. Musiała dyskretnie zajrzeć do Olibanum: już wyobrażała sobie Maeve umierającą ze śmiechu na widok romantycznej kolacji przy tych jakże specjalnych świecach.
Przyjrzała się odlanej z wosku przyczynie tego całego zamieszania: nie sposób było pomylić świeczki o nader charakterystycznym kształcie z niczym innym. Widziała kiedyś podobne na rytualnym ołtarzu cudzoziemskiego boga, kiedy przypadkiem odkryła razem z Degenhardtem wejście do siedziby tajemniczego, podziemnego kultu w niemagicznym Londynie: wychodząc, ustawili je dla żartu tak, by tworzyły pewien napis. Lorraine spojrzała więc tylko z litościwym rozbawieniem na Victorię, kiedy ta wcisnęła jej dorodny męski członek do ręki. Tylko przez grzeczność względem Sauriela nie spytała, czemu kobieta obiedza się tak pochopnie z poczynionych zapasów - tak, jakby Lorraine chujów w życiu brakowało, jeden nawet stał tuż obok niej - i czy zdążyła może zapytać Roberta Mulcibera, czy można ich używać także wtedy, gdy mają zapalony knot, czy może traci się wtedy prawa do reklamacji.
- Och, ależ to falliczne dewocjonalia pogańskiego kultu płodności. Cieszę się, że Atreus wreszcie odnalazł jakieś praktyki religijne, które mu odpowiadają - wzruszyła ramionami. - Jeżeli Nott będzie usiłował złożyć skargę, mam nadzieję, że spiszą go za naruszanie prawa do wolności wyznaniowej.
Choć, znając Atreusa... Pofatyguje się, żeby przyjąć skargę na samego siebie, coby Nottowi jeszcze poprawić, uśmiechnęła się lekko.
Lorraine rozumiała zresztą intoksykujący przypływ władzy, jaki musiał czuć Bulstrode na widok potężnego, męskiego członka w swoich rękach; święty artefakt prężył się bowiem dumnie, i kusił: rzuć w niego rzuć w niego rzuć w niego... Przypomniała sobie, jak wulgarnie zwrócił się do niej przed chwilą Rookwood. "Sklej pizdę", tak to było? Wtedy obdarzyła go tylko zniesmaczonym spojrzeniem. Kiedy Sauriel obrażał ją w ten sposób, widziała w nim tylko niesfornego kociaka, którego należało schwycić za kark i potrząsnąć, żeby się uspokoił. Teraz jednak rozgorzała w niej dławiąca potrzeba, aby spytać go niewinnie: ochujałeś?, a potem cisnąć mu woskowym penisem prosto w twarz. Niestety, takich barbarzyńskich aktów dopuszczała się tylko w solipsyzmach swojej wyobraźni.
Zmarszczyła brwi.
- Jak tak patrzę na twoją kocią mordę, Rookwood, to zaczynam rozumieć Atreusa. Też mam ochotę przyłożyć ci tą świeczką na boską chwałę - stwierdziła nagle. - Masz szczęście, że w przeciwieństwie do niego przeżywam kryzys wiary. - Przysunęła się nagle do Sauriela, wciskając mu w rękę woskową świeczuszkę w kształcie męskiego członka, którą to przed chwilą łaskawie wręczyła jej Victoria. - Proszę, tobie bardziej się przyda. Idź zabawiać damę swego serca.
Odeszła szybko, nie czekając na reakcję Rookwooda: obdarzyła tylko Victorię słodkim uśmiechem na pożegnanie, i tyle ją widzieli. Obawiała się, że gdyby wypowiedziała w towarzystwie narzeczonej (?) Sauriela jeszcze jedno słowo, to ten dostałby jakiegoś kociokwiku, zaczął pluć przekleństwami, jak gdyby dławił się kłaczkiem, i ogólnie, narobił jej wstydu przy wszystkich. Wmieszała się w tłum ludzi zgromadzonych przy kole fortuny, zakręciła kołem, zużywając los, a potem usiadła na widowni, skupiając się na oszałamiającym występie upadłego anioła.
- Chcesz powiedzieć, że Robert Mulciber dostał zawału na widok świeczki w kształcie męskiego członka? - spytała ze śmiertelną powagą Lorraine, patrząc prosto w ciemne oczy Victorii. Spojrzała na Sauriela. Spojrzała znowu na Victorię. Musiała włożyć całą swoją siłę woli w to, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Głowa rodu Mulciber, mąż i ojciec (zaginiony ojciec Stanleya, co należy podkreślić), szanowany członek społeczności magicznej, ex-niewymowny, okazjonalny mocodawca Lorraine, utalentowany hipnotyzer i legilimenta, sprzedaje... to? Niczego nie dało się wyczytać przez chwilę z twarzy wili, choć w jej oczach na początku błyszczało niedowierzanie - a może przerażenie? - ale po chwili jej usta rozciągnęły się w delikatnym, rozanielonym wręcz uśmiechu, który nadawał rysom kobiety zaskakującej niewinności.
Nigdy nie pozwoli mu o tym zapomnieć. Z tego co wiedziała, jej dalecy kuzyni od strony jakiejś ciotki z Malfoyów - synowie brata Roberta Mulcibera - jakiś czas temu przyjechali do Londynu, i zaangażowali się w prowadzenie rodzinnego interesu. Musiała dyskretnie zajrzeć do Olibanum: już wyobrażała sobie Maeve umierającą ze śmiechu na widok romantycznej kolacji przy tych jakże specjalnych świecach.
Przyjrzała się odlanej z wosku przyczynie tego całego zamieszania: nie sposób było pomylić świeczki o nader charakterystycznym kształcie z niczym innym. Widziała kiedyś podobne na rytualnym ołtarzu cudzoziemskiego boga, kiedy przypadkiem odkryła razem z Degenhardtem wejście do siedziby tajemniczego, podziemnego kultu w niemagicznym Londynie: wychodząc, ustawili je dla żartu tak, by tworzyły pewien napis. Lorraine spojrzała więc tylko z litościwym rozbawieniem na Victorię, kiedy ta wcisnęła jej dorodny męski członek do ręki. Tylko przez grzeczność względem Sauriela nie spytała, czemu kobieta obiedza się tak pochopnie z poczynionych zapasów - tak, jakby Lorraine chujów w życiu brakowało, jeden nawet stał tuż obok niej - i czy zdążyła może zapytać Roberta Mulcibera, czy można ich używać także wtedy, gdy mają zapalony knot, czy może traci się wtedy prawa do reklamacji.
- Och, ależ to falliczne dewocjonalia pogańskiego kultu płodności. Cieszę się, że Atreus wreszcie odnalazł jakieś praktyki religijne, które mu odpowiadają - wzruszyła ramionami. - Jeżeli Nott będzie usiłował złożyć skargę, mam nadzieję, że spiszą go za naruszanie prawa do wolności wyznaniowej.
Choć, znając Atreusa... Pofatyguje się, żeby przyjąć skargę na samego siebie, coby Nottowi jeszcze poprawić, uśmiechnęła się lekko.
Lorraine rozumiała zresztą intoksykujący przypływ władzy, jaki musiał czuć Bulstrode na widok potężnego, męskiego członka w swoich rękach; święty artefakt prężył się bowiem dumnie, i kusił: rzuć w niego rzuć w niego rzuć w niego... Przypomniała sobie, jak wulgarnie zwrócił się do niej przed chwilą Rookwood. "Sklej pizdę", tak to było? Wtedy obdarzyła go tylko zniesmaczonym spojrzeniem. Kiedy Sauriel obrażał ją w ten sposób, widziała w nim tylko niesfornego kociaka, którego należało schwycić za kark i potrząsnąć, żeby się uspokoił. Teraz jednak rozgorzała w niej dławiąca potrzeba, aby spytać go niewinnie: ochujałeś?, a potem cisnąć mu woskowym penisem prosto w twarz. Niestety, takich barbarzyńskich aktów dopuszczała się tylko w solipsyzmach swojej wyobraźni.
Zmarszczyła brwi.
- Jak tak patrzę na twoją kocią mordę, Rookwood, to zaczynam rozumieć Atreusa. Też mam ochotę przyłożyć ci tą świeczką na boską chwałę - stwierdziła nagle. - Masz szczęście, że w przeciwieństwie do niego przeżywam kryzys wiary. - Przysunęła się nagle do Sauriela, wciskając mu w rękę woskową świeczuszkę w kształcie męskiego członka, którą to przed chwilą łaskawie wręczyła jej Victoria. - Proszę, tobie bardziej się przyda. Idź zabawiać damę swego serca.
Odeszła szybko, nie czekając na reakcję Rookwooda: obdarzyła tylko Victorię słodkim uśmiechem na pożegnanie, i tyle ją widzieli. Obawiała się, że gdyby wypowiedziała w towarzystwie narzeczonej (?) Sauriela jeszcze jedno słowo, to ten dostałby jakiegoś kociokwiku, zaczął pluć przekleństwami, jak gdyby dławił się kłaczkiem, i ogólnie, narobił jej wstydu przy wszystkich. Wmieszała się w tłum ludzi zgromadzonych przy kole fortuny, zakręciła kołem, zużywając los, a potem usiadła na widowni, skupiając się na oszałamiającym występie upadłego anioła.