06.06.2024, 17:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.06.2024, 17:39 przez Anthony Shafiq.)
Dotknął złocistej klamki w kształcie syreniego ogona, miękka skóra dłoni intelektualisty, który nigdy nie doświadczył odcisków monotonii fizycznej pracy, wyczuwała bez trudu każdą łuskę, chłód, wilgoć która już zdążyła osiąść na kluczu do ich dzisiejszego odprężenia. Konglomerat myśli nasilał się i słabnął, falował irytując swoją nieoznaczonością. Słowa kotłowały się podobnie jak emocje, wewnętrzny splątany krzyk wielu myśli, lęków, pragnień, nadziei i obaw, to wszystko było irytującą niedogodnością, która trwale wytrącała go z równowagi upośledzając kolejno funkcje życiowe. Zaraz się zacznie, zaraz kolejno przyjdą nękać go w miłosnym uścisku ludzi, którzy byli dla siebie gotowi skoczyć w ogień, co nie znaczyło wcale, że zawsze i wszędzie pragnął ich towarzystwa. Zaraz Charlie będzie wysnuwać mordercze fantazje, żeby podnieść go na duchu. Jonathan spragniony informacji zaleje go potokiem pytań, licząc że tym razem któreś przylepi się do pobladłej fasady. I przyjdzie też Morpheus, który wie, a zachował się tak jakby nie wiedział nic. Zlecą się trzy czarne kruki chcące szarpać wątłe ciało, które samo przecież nie znało odpowiedzi, gubiąc się w znaczeniach, aluzjach i niedopowiedzeniach.
– Nie dziękuję, ja nie... nie chciałbym tak. – odpowiedział Charlie, nie podejmując gry, nie chcąc się przekomarzać o tym, że na prezenty był czas dzisiaj, licytować kto lepiej zrobiłby kokardę i jaki kolor złota najbardziej odpowiadałby mu na materiale. Ta stacja była najprostsza. Razem z żelazną puchonką myśleli podobnie, mieli bardzo pragmatyczny stosunek do świata. Postąpił dwa kroki do przodu do pomieszczenia skąpanego w magicznym, wielobarwnym świetle wpadającym przez trzy piękne witraże przedstawiające piękne korzystające z pięknego dnia morskie hybrydy. Woda w obszernej wannie, będącej tak na prawdę basenem pokryta była różowiącą się pianą o słodkim zapachu brzoskwiń. Na niewysokich stolikach stojących przy brzegach umieszczone były butelki z winami i niewielkie patery z łakociami i słonymi przekąskami – serami i plastrami ostrych włoskich szynek i kiełbas wzbogacanych o orzechy i całe ziarenka pieprzu.
Stacja druga, tej drogi krzyżowej. Czy dlatego im nie powiedział, gdy tylko się zorientował tych kilka lat temu?
– Nie, nie chcę nic mówić, to jeszcze nic pewnego. – Tkwił stłamszony w Jonathanowym uścisku, zastanawiając się jaka byłaby jego mina, gdyby w końcu po niemal trzydziestu latach przyznał się mu uczciwie jaki jest jego typ i dlaczego w pewnym momencie przestał odwiedzać prefecką łazienkę, gdy wiedział, że będzie w niej Selwyn. W tle przygrywały łagodne dźwięki harfy imitujące płynącą przez Czechy rzekę. Czuł jak dotyk go pali i wprawia w coraz większy dyskomfort. Umknął więc, by przenieść się do wieszaka stojącego w roku i pozostawić na nim jedwabny, wyszywany szlafrok. Stał on przy niewielkich drzwiczkach prowadzących do wykuszu w którym przyjemny mozaikowy buduar pozwolał na odrobinę prywatności w przygotowaniu się do kąpieli, jeśli ktoś chciał natrzeć się olejkami, upiąć fantazyjnie włosy, czy zwyczajnie poza wilgocią usiąść na otomanie i poczytać książkę. Tam też znajdowały się ręczniki, choć miękkie, pachnące kwiatowo leżały już przygotowane bliżej schodów pozwalających zejść do kuszącej wody.
Anthony chciał tylko zostawić materiałową warstwę ochronną, może sięgnąć po coś czym mógłby zetrzeć powoli zasychającą czerń... Nie zdążył. Stacja trzecia – Somnia złapał jego rękę. Był na niego wciąż wściekły. Był bardziej niż wściekły. Nikt tak jak Morpheus nie wiedział, jakie to było trudne i bolesne, nikt tak jak on, nie wiedział jak bardzo brakowało Anthony'emu w tych zagadnieniach dystansu i swobody wypowiedzi. Może kiedyś będzie umiał żartować z tych chwil. Może nigdy. I nie chodziło w tym wcale o to, że bał się kilku słów za dużo w gronie najbliższych przyjaciół. Nie chodziło nawet o lęk, że jasnowidz mógłby zobaczyć coś nieodpowiedniego, nawet jeśli pozostawał w tej sytuacji duży dyskomfort, że naruszałoby to przecież prywatność jego krewniaka. Najgorsze, czego Anthony się spodziewał to fakt, że Morpheus mógłby zobaczyć koniec tego kruchego porozumienia, które udało się wypracować tak niedawno w splocie dziwnych okoliczności wieczornych dogasającego lipca. A jeśli Morpheus by to zobaczył, to on też znalazłby odbicie żalu w jego ciemnych tęczówkach. Wiedziałby, a nie chciał wiedzieć. Nie chciał, by los tej relacji wykrwawił się pod ostrzem samospełniającej się przepowiedni.
Dotknął czołem jego czoła i odetchnął głęboko. Wrażenie było lekko lepiące i śmierdzące roztartym na skórze winem.
– Szczerze, nie rozumiem czemu akurat to jest tematem godnym rozgrzebania w tym szacownym gronie. – brzmiał swobodnie, kokieteryjnie wręcz – Czy Morpheus chwalił się Wam już, że zainspirowani Vesperą i Blackiem poszliśmy do mugolskiego parku i ślubowaliśmy sobie, potwierdzając więź na moście obrośniętym żelaznymi kłódkami? Nie dostałem co prawda pierścionka zaręczynowego, ale kłódka udała Ci się Somnia całkiem znośna. – Odsunął głowę, jego słowa brzmiały lekko, choć uśmiech jeszcze nie sięgnął przygaszonych oczu. Jeszcze moment, potrzebował kilku sekund dla siebie, by odzyskać pion i kontrolę nad rozmową. Żałosne. Musiał zacząć opracowywać taktyki i potencjalne linie dialogowe, na wypadek, gdyby ktokolwiek, kiedykolwiek znów chciałby go wypytywać w tym temacie.
Zsunął z ramion jedwabną materię i odwiesił ją na profilowany hak, po czym podszedł do basenu, zszedł kilka stopni i przysiadł w wodzie tak, że sięgała mu do linii piersi. Na wyciągnięcie ręki miał najbliższą z pater, umieszczoną obok fikuśnych kraników odwzorowanych jeden do jednego z jego ulubionej szkoły. Jak na osobę, która nie znosiła Hogwartu, miał zaskakująco wiele takich detali w domu, a ten był zdecydowanie największym z nich.
– Jestem nieco rozczarowany, bo jeśli rzeczywiście jesteśmy anam cara, to spodziewałem się dostępu do rozmowy w myślach co najmniej. Jakiejś ciemnej rysy na własnej tęczówce. Taka skaza byłaby bardzo adekwatna. A co tam u Was gołąbeczki? Blackowie Was również zainspirowali? Dobrze słyszałem, że szykuje się drugie wesele, a czwarty bąbelek w drodze? – oparł się o marmurową posadzkę i sięgnął po rulonik cienko ściętej prosciutto crudo.
– Nie dziękuję, ja nie... nie chciałbym tak. – odpowiedział Charlie, nie podejmując gry, nie chcąc się przekomarzać o tym, że na prezenty był czas dzisiaj, licytować kto lepiej zrobiłby kokardę i jaki kolor złota najbardziej odpowiadałby mu na materiale. Ta stacja była najprostsza. Razem z żelazną puchonką myśleli podobnie, mieli bardzo pragmatyczny stosunek do świata. Postąpił dwa kroki do przodu do pomieszczenia skąpanego w magicznym, wielobarwnym świetle wpadającym przez trzy piękne witraże przedstawiające piękne korzystające z pięknego dnia morskie hybrydy. Woda w obszernej wannie, będącej tak na prawdę basenem pokryta była różowiącą się pianą o słodkim zapachu brzoskwiń. Na niewysokich stolikach stojących przy brzegach umieszczone były butelki z winami i niewielkie patery z łakociami i słonymi przekąskami – serami i plastrami ostrych włoskich szynek i kiełbas wzbogacanych o orzechy i całe ziarenka pieprzu.
Stacja druga, tej drogi krzyżowej. Czy dlatego im nie powiedział, gdy tylko się zorientował tych kilka lat temu?
– Nie, nie chcę nic mówić, to jeszcze nic pewnego. – Tkwił stłamszony w Jonathanowym uścisku, zastanawiając się jaka byłaby jego mina, gdyby w końcu po niemal trzydziestu latach przyznał się mu uczciwie jaki jest jego typ i dlaczego w pewnym momencie przestał odwiedzać prefecką łazienkę, gdy wiedział, że będzie w niej Selwyn. W tle przygrywały łagodne dźwięki harfy imitujące płynącą przez Czechy rzekę. Czuł jak dotyk go pali i wprawia w coraz większy dyskomfort. Umknął więc, by przenieść się do wieszaka stojącego w roku i pozostawić na nim jedwabny, wyszywany szlafrok. Stał on przy niewielkich drzwiczkach prowadzących do wykuszu w którym przyjemny mozaikowy buduar pozwolał na odrobinę prywatności w przygotowaniu się do kąpieli, jeśli ktoś chciał natrzeć się olejkami, upiąć fantazyjnie włosy, czy zwyczajnie poza wilgocią usiąść na otomanie i poczytać książkę. Tam też znajdowały się ręczniki, choć miękkie, pachnące kwiatowo leżały już przygotowane bliżej schodów pozwalających zejść do kuszącej wody.
Anthony chciał tylko zostawić materiałową warstwę ochronną, może sięgnąć po coś czym mógłby zetrzeć powoli zasychającą czerń... Nie zdążył. Stacja trzecia – Somnia złapał jego rękę. Był na niego wciąż wściekły. Był bardziej niż wściekły. Nikt tak jak Morpheus nie wiedział, jakie to było trudne i bolesne, nikt tak jak on, nie wiedział jak bardzo brakowało Anthony'emu w tych zagadnieniach dystansu i swobody wypowiedzi. Może kiedyś będzie umiał żartować z tych chwil. Może nigdy. I nie chodziło w tym wcale o to, że bał się kilku słów za dużo w gronie najbliższych przyjaciół. Nie chodziło nawet o lęk, że jasnowidz mógłby zobaczyć coś nieodpowiedniego, nawet jeśli pozostawał w tej sytuacji duży dyskomfort, że naruszałoby to przecież prywatność jego krewniaka. Najgorsze, czego Anthony się spodziewał to fakt, że Morpheus mógłby zobaczyć koniec tego kruchego porozumienia, które udało się wypracować tak niedawno w splocie dziwnych okoliczności wieczornych dogasającego lipca. A jeśli Morpheus by to zobaczył, to on też znalazłby odbicie żalu w jego ciemnych tęczówkach. Wiedziałby, a nie chciał wiedzieć. Nie chciał, by los tej relacji wykrwawił się pod ostrzem samospełniającej się przepowiedni.
Dotknął czołem jego czoła i odetchnął głęboko. Wrażenie było lekko lepiące i śmierdzące roztartym na skórze winem.
– Szczerze, nie rozumiem czemu akurat to jest tematem godnym rozgrzebania w tym szacownym gronie. – brzmiał swobodnie, kokieteryjnie wręcz – Czy Morpheus chwalił się Wam już, że zainspirowani Vesperą i Blackiem poszliśmy do mugolskiego parku i ślubowaliśmy sobie, potwierdzając więź na moście obrośniętym żelaznymi kłódkami? Nie dostałem co prawda pierścionka zaręczynowego, ale kłódka udała Ci się Somnia całkiem znośna. – Odsunął głowę, jego słowa brzmiały lekko, choć uśmiech jeszcze nie sięgnął przygaszonych oczu. Jeszcze moment, potrzebował kilku sekund dla siebie, by odzyskać pion i kontrolę nad rozmową. Żałosne. Musiał zacząć opracowywać taktyki i potencjalne linie dialogowe, na wypadek, gdyby ktokolwiek, kiedykolwiek znów chciałby go wypytywać w tym temacie.
Zsunął z ramion jedwabną materię i odwiesił ją na profilowany hak, po czym podszedł do basenu, zszedł kilka stopni i przysiadł w wodzie tak, że sięgała mu do linii piersi. Na wyciągnięcie ręki miał najbliższą z pater, umieszczoną obok fikuśnych kraników odwzorowanych jeden do jednego z jego ulubionej szkoły. Jak na osobę, która nie znosiła Hogwartu, miał zaskakująco wiele takich detali w domu, a ten był zdecydowanie największym z nich.
– Jestem nieco rozczarowany, bo jeśli rzeczywiście jesteśmy anam cara, to spodziewałem się dostępu do rozmowy w myślach co najmniej. Jakiejś ciemnej rysy na własnej tęczówce. Taka skaza byłaby bardzo adekwatna. A co tam u Was gołąbeczki? Blackowie Was również zainspirowali? Dobrze słyszałem, że szykuje się drugie wesele, a czwarty bąbelek w drodze? – oparł się o marmurową posadzkę i sięgnął po rulonik cienko ściętej prosciutto crudo.