06.06.2024, 20:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.06.2024, 20:14 przez Basilius Prewett.)
Gdy już skończył obejmować Brennę, uśmiechnięty usiadł na przeciwko niej na krześle, wesoło podrygując nogą w rytm jakiejś mugolskiej piosenki, która strasznie chodziła mu po głowie, ale nie mógł sobie za nic przypomnieć jej nazwy. Szła jakoś tak: coś tam coś tam coś tam coś tam na na na.
– Oczywiście. Nic mu nie powiem. – Pokiwał głową z taką powagą, jakby właśnie przysięgał coś na swoje życie, nie do końca pamiętając kim był w ogóle Cedrick. Na wszelki wypadek nie będzie po prostu mówił o tym nikomu, kto wyglądał na Cedricka. Zaczynając od tych rozradowanych Brygadzistów na plakacie, który tutaj wisiał. Każdy z nich wyglądał, jakby mieli na imię Cedrick, ale nie chcieli się do tego przyznać. Basilius obrzucił więc plakat podejrzliwym spojrzeniem i wykonał palcami uniwersalny gest pod tytułem obserwuję was. Obserwuję was wszystkich. Hm... Brenna chyba coś do niego mówiła.
— Co? A. Tak. Oczywiście – powiedział dumny z siebie, a potem zorientował się, że jego ulubiona Brygadzistka chyba oczekiwała od niego pełniejszej odpowiedzi. – Siedziałem tutaj i rozmawiałem z tym nudnym uzdrowicielem. Wiesz, że nie chciał grać ze mną w wisielca? Właśnie chcesz grać ze mną w wisielca o... A nie. Przecież ty już to wiesz. Nie ważne. To może karty? – Nie czekając na jej odpowiedź, Prewett wyciągnął swoją ładniejsza talię kart, tę z wymarłymi już gatunkami zwierząt, nie zwracając przy tym uwagim, że ta "brzydsza" wypadła my z kieszeni i zaczął je tasować. Hm... Miał dziwne wrażenie, że dzisiaj rano też to robił dla uspokojenie. Tylko dlaczego? Czym mógł się tak denerwować? Przecież życie było takie piękne! Spojrzenie Prewetta nagle padło na kalandarz, a jemu wszystkie karty posypały się z dłoni. Zerwał się z miejsca. – Brenno! Dzisiaj jest piątek trzynastego! Co się stało? Jesteś ranna, prawda? Gdzie jest ta rana? Nie widzę jej. We włosach? Oddychaj, zaraz ci pomogę. Pomocy! Ranna! Pomocy!
– Oczywiście. Nic mu nie powiem. – Pokiwał głową z taką powagą, jakby właśnie przysięgał coś na swoje życie, nie do końca pamiętając kim był w ogóle Cedrick. Na wszelki wypadek nie będzie po prostu mówił o tym nikomu, kto wyglądał na Cedricka. Zaczynając od tych rozradowanych Brygadzistów na plakacie, który tutaj wisiał. Każdy z nich wyglądał, jakby mieli na imię Cedrick, ale nie chcieli się do tego przyznać. Basilius obrzucił więc plakat podejrzliwym spojrzeniem i wykonał palcami uniwersalny gest pod tytułem obserwuję was. Obserwuję was wszystkich. Hm... Brenna chyba coś do niego mówiła.
— Co? A. Tak. Oczywiście – powiedział dumny z siebie, a potem zorientował się, że jego ulubiona Brygadzistka chyba oczekiwała od niego pełniejszej odpowiedzi. – Siedziałem tutaj i rozmawiałem z tym nudnym uzdrowicielem. Wiesz, że nie chciał grać ze mną w wisielca? Właśnie chcesz grać ze mną w wisielca o... A nie. Przecież ty już to wiesz. Nie ważne. To może karty? – Nie czekając na jej odpowiedź, Prewett wyciągnął swoją ładniejsza talię kart, tę z wymarłymi już gatunkami zwierząt, nie zwracając przy tym uwagim, że ta "brzydsza" wypadła my z kieszeni i zaczął je tasować. Hm... Miał dziwne wrażenie, że dzisiaj rano też to robił dla uspokojenie. Tylko dlaczego? Czym mógł się tak denerwować? Przecież życie było takie piękne! Spojrzenie Prewetta nagle padło na kalandarz, a jemu wszystkie karty posypały się z dłoni. Zerwał się z miejsca. – Brenno! Dzisiaj jest piątek trzynastego! Co się stało? Jesteś ranna, prawda? Gdzie jest ta rana? Nie widzę jej. We włosach? Oddychaj, zaraz ci pomogę. Pomocy! Ranna! Pomocy!