Pokiwała do Laurenta w odpowiedzi, wdzięczna, że na moment ściągnął swoje futro, by powiedzieć im to wszystko na głos, bo jednak ani ona nie przeszła migowego, ani Laurent… a jeszcze te wymachy małych foczych łapek – to nie było łatwe zadanie, nawet jeśli coś tam próbowali załapać… Trochę jak zabawa w kalambury, z czego prezenter był wyjątkowo słodki (Victoria przysięgłaby, ze to chodzi o ten nosek i wąsiki wokół… to prawie jak koty. Konkluzja była prosta foki = wodne kotki). Zaraz zresztą przytulił ją i przemienił się znowu i załaskotał ją, mogła więc jedynie pogładzić gładkie, focze ciałko, uśmiechnąć się i popłynąć za nim.
Wyjaśnienia na wszystko… A jednak odpowiedzi było tak niewiele. Przynajmniej Victoria ich nie miała, to były zgadywanki na podstawie obserwacji. Czy trafne? Za chwilę miało się okazać, że przynajmniej częściowo pokrywało się to, co przyszło jej do głowy, z rzeczywistością… co tylko utwierdziło pewność Victorii. Zamachała ręką, chcąc złapać uwagę Perseusa i wskazać mu te puste skorupy małży. Sama nie była tak rozdarta jak Laurent, czy powinni uwalniać te trytony. Póki co nie znali sytuacji i wypadałoby się w niej wywiedzieć, niż robić coś pochopnego… zwłaszcza na nieswoim terenie.
– Może nie lubi ludzi. A może ma jeszcze jakiś inny motyw – odparła Perseusowi jeszcze w trakcie, gdy płynęli do chaty wodza. – Cirill – chyb a pierwszy raz zwróciła się bezpośrednio do drugiego selkie. – Zimna woda nie pozwala krzepnąć krwi, stracisz jej za dużo i chociaż jesteś taki waleczny i odważny, to niewiele wtedy zdziałasz. Wracaj na ląd, musisz wylizać te rany – nie wiedziała nawet, że popiskiwania, jakie robił przed momentem Laurent, dotyczyły tego samego. Ale taka była prawda… Musiał odpocząć i dać się ranom zasklepić, przecież mogą po niego wrócić… Ale jego poświęcenie nie zda się na wiele, jeśli tutaj teraz padnie.
Wewnątrz rozglądała się uważnie zresztą tak samo jak Black, to mogła być jedyna taka w życiu okazja… bo aurorka nie zamierzała tutaj umierać, chłonęła więc ten wystrój, rozwiązania, jakie zastosowano, by dobrze się mieszkało pod wodą. Przed samym wodzem trytonów… lekko skłoniła głowę. Może i nie był to jej władza i niewiele się znała na podwodnym ludzie, ale jakiś szacunek okazać wypadało, zwłaszcza nie na swoim terenie. Przez moment zastanawiała się, w jaki sposób zwrócić się do Ultha – uznała jednak, że kluczowa będzie bezpośredniość, a nie owijanie w bawełnę. Te wszystkie piękne zawijasy słowne pasowały do Laurenta i Victorii, która nie była w pracy – a teraz… pracowała. Miała na sobie mundur, który pewnie niewiele trytonom mówił.
– Wodzu Ulth – zdecydowała się w końcu najbardziej neutralnie jak się da. – Do Ośrodka na górze w nocy ściągnięto posiłki z Ministerstwa Magii, gdy jeden z wypoczynkowiczów zobaczył na linii lasu żywe trupy. Nigdzie ich jednak nie spotkaliśmy, a historyk Bagshot, który to zgłosił… zniknął. Na przestrzeni ostatnich kilku lat działy się tutaj takie dziwne zniknięcia... i śmierci ludzi i czarodziejów, a teraz okazuje się, że weszliśmy w sam środek konfliktu, którego jakoby jesteśmy podłożem? – dodała do tego, co już powiedział Laurent. – Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale wojownicy na zewnątrz mówili o chorobie, która was męczy. Jak na moje… nasze – spojrzała tutaj na Perseusa. – to nie jest żadna choroba, a długotrwale podawana trucizna. Na górze nikt nie choruje, chociaż kąpią się przecież w wodzie i jedzą ryby. Moim tropem są skorupiaki. Małże. Je łatwo zatruć tak, żeby nikt nie zauważył… A potem mówić, że to choroba, na którą ma się lekarstwo – lekarstwo… Lekarstwem równie dobrze mogły być siki świętej Weroniki i efekt placebo po odstawieniu trucizny. A może Adria miała jakieś antidotum. Ale liczyła na to, że Ulth połączy kropki.